Ale śnieżna chmura odpłynęła równie szybko, jak przyszła.
Znowu zrobiło się jaśniej, śniegowe płatki leżały już tylko na ziemi i szybko zamieniały się w wodę.
— Oj, zobacz, tu są migdały! Wchodzimy? — Agnieszka pociągnęła Antka w stronę maleńkiego kiosku, zapchanego mnóstwem spożywczych towarów.
Wsunęli się do małego sklepiku, gdzie, o dziwo, nie było nawet wielkiego tłoku, za to świdrował w nosie dymny zapach suszonych śliwek.
Agnieszka wsunęła do kieszeni dwie torebki migdałów, zapłaciła i wyszli znowu na ulicę.
— Hej, Aga! Gdzie myśmy zaszli? — zagadnął Antek po chwili. — Co to za ulica? Ja tu chyba dawno nie byłem!
Agnieszka rozejrzała się dokoła.
— A ja w ogóle takiego miejsca nie pamiętam! Chyba poszliśmy nie w tę stronę! To się czasem zdarza, jak się wychodzi ze sklepu.
Zawrócili więc i ruszyli szybko przed siebie.
— Chyba musieliśmy się dobrze odbić od domu! Jak się tak idzie i gada, to można zajść nie wiadomo dokąd!