Aga i Antek w milczeniu spoglądali przez szybę na okolicę, gdzie wszystko przesuwało się w odwrotnej kolejności: lasek i cmentarz, wielkie gmachy wśród zieleni, park, bloki nowych osiedli, oświetlone neonami ulice centrum.

— Teraz wysiadacie — wychylił się do nich motorniczy.

— Dziękujemy! Wesołych świąt! — krzyknęli i zeskoczyli oboje na chodnik.

— I wam wesołych! — zamachał motorniczy ręką.

Ruszyli przed siebie, Antek podskakując i gwiżdżąc, Agnieszka przygarbiona, jak zwykle z rękami wciśniętymi w kieszenie.

Zanim jeszcze doszli do skrzyżowania, z daleka zobaczyli przymocowaną na narożniku domu nową i dużą tabliczkę „ul. Polna”.

Wsunęli się między dwa szeregi wysokich domów, ciasno dosuniętych jeden do drugiego. Niechcący jakoś Antek dotknął palcami ręki Agnieszki, a Agnieszka zacisnęła swoje palce na jego palcach. Teraz brat i siostra trzymali się za ręce, chociaż już od dawna, co najmniej od dwóch lat, nie chodzili tak ze sobą. Szli, zadzierając głowy do góry, wykręcając szyje, strzelając oczyma na wszystkie strony.

— Słuchaj, czy mogą być w jednym mieście dwie ulice, które zupełnie tak samo się nazywają? — zapytał wreszcie Antek.

— O ile wiem, to nie... — odparła w zamyśleniu Agnieszka.

— Więc co się mogło stać? Przecież to nie jest nasza Polna! Znam naszą od początku do końca! Ona w żadnym miejscu nie jest taka przedwojenna, jak ta!