— Popatrz, Aga! — krzyknął nagle Antek, wskazując ręką w górę.

Ulicą, gdzieś na wysokości drugiego piętra, frunął ptak — zupełnie niesamowity. Był wielkości gawrona mniej więcej, ale wyglądało, że ten gawron wybiera się na bal przebierańców. Skrzydła miał czerwone, grzbiet zielony, na łebku żółtą plamę. Ptak to się wznosił, to opadał, jakby wypatrując czegoś na dole. Leciał naprzeciw nich.

Wyglądało to zupełnie tak, jakby ktoś pomieszał czarno-biały film z kolorowym. Domy bowiem były szare, lekko ośnieżone, drzewa ciemne i bez liści i jaskrawy ptak wyglądał na tym tle całkiem niecodziennie, jakby przylatywał z innego świata.

— Uciekł z ZOO czy co? — powiedziała Agnieszka, obserwując ptaka.

A on tymczasem sfrunął jeszcze niżej i zaczął się zbliżać ku dzieciom.

— To chyba papuga! — zawołała Agnieszka.

Tak, to była papuga, łatwo było poznać, gdy przeleciała tuż nad ich głowami. Potem zatoczyła nad nimi koło, prawie muskając Agę skrzydłem po twarzy i wykrzykując coś ochryple.

— Słyszysz? — niecierpliwił się Antek. — Rozumiesz, co ona woła?

Papuga okrążyła ich powtórnie, wrzeszcząc, teraz już zupełnie wyraźnie:

— Rrratować! Rrratować!