— Jak to „co”? Idziemy! — stwierdziła Agnieszka i delikatnie zaczęła zdejmować cienki rzemyczek z głowy ptaka.
Gdy tylko to uczyniła, papuga wzbiła się znów w powietrze i leciała tuż-tuż przed nimi, jakby wskazując im drogę.
Ruszyli więc za nią.
Ulica Mosiężna była najbliższą przecznicą. Sklep znaleźli zaraz za rogiem.
W wystawionej w witrynie klatce miotały się niespokojnie łaciate morskie świnki. Obok, w przeszklonym pudle, tuptał ślamazarnie maleńki żółw. Leżały tu także grube i lśniące muszle z dalekich mórz, rozgwiazdy, gałązka koralu, jakieś dziurkowane kamienie, o których nic nie można było powiedzieć, co to za jedne.
Antek wziął klucze od siostry i zaczął wybierać ten od kłódki, która zamykała żelazną sztabę.
Kluczyk obrócił się łatwo, więc delikatnie odstawili sztabę na bok. Antek nacisnął klamkę, lecz drzwi się nie otworzyły.
— Drugi rraz! Drugi rrraz! — zaskrzeczała papuga.
Antek domyślił się więc, że trzeba teraz użyć drugiego klucza.
Wsunął go do zamka, przekręcił i teraz drzwi stanęły otworem. Weszli do środka.