Od progu powitał ich gęsty, duszący zapach. W mrocznym wnętrzu rozlegały się jakieś szmery i szelesty, coś chrobotało, mamrotało, skrzypiało.
Zatrzymali się w drzwiach, bo obleciał ich strach, dziwny jakiś — niby to niestraszny, ale jednak niedający przejść.
Lecz papuga śmiało wpadła do środka i przysiadła na jakimś kołku, wykrzykując z lubością:
— Dobrra Marrysia! Mądrrra Marysia!
— Nie jestem ja Marysia — pouczyła ją Agnieszka i już śmielej wsunęła się do wnętrza, znalazła kontakt i zapaliła światło w sklepiku. Gdy tylko zabłysła żarówka, zaraz zaświergotał jakiś ptak, a potem drugi i trzeci, i od razu zrobiło im się raźniej.
Był to sklepik maleńki i pełen żywych stworzeń. Klatki piętrzyły się jedna na drugiej. Rzędem stały akwaria, w których drobnymi banieczkami gulgotało powietrze i przesuwały się z wolna kolorowe rybki.
Z kąta pod ścianą dobiegło jakieś szamotanie i po chwili z leżącego na ziemi koca wyplątał się młody i tłusty szczeniak — bokser. Stanął na wprost nich na rozkraczonych łapach i zaczął im urągać niewprawnym, załamującym się basem, który co chwila, niechcący, stawał się cienkim, szczenięcym piskiem.
— Mądrra! Dobrrra Marysia! — ofuknęła go zaraz papuga, a Antek przykucnął i wyciągnął do psiaka ręce. Bokserek załopotał krótkim ogonkiem, przyskoczył do Antka i zaczął mu czule obgryzać palce.
— Przecież już ci mówiłam, że nie jestem Marysia! Jestem Aga — powiedziała Agnieszka do papugi. — Aga! Aga! — powtórzyła jeszcze kilka razy. — Lepiej byś mi wytłumaczyła, czym i kogo tu karmić, bo nie mam pojęcia! Jedzenie musi tu być gdzieś na miejscu! — zaczęła rozglądać się dookoła.
Papuga nie odrzekła na to nic, za to nagle i ostro rozdzwonił się telefon, stojący na sklepowej ladzie. Antek i Agnieszka podskoczyli, jakby ktoś ich przyłapał na gorącym uczynku.