— Ty — szepnął Antek, spoglądając na siostrę okrągłymi ze strachu oczami. — A jeśli to milicja sprawdza, czy ktoś się nie włamał do sklepu?

— Ojej, jakiś ty niemądry! — uspokoiła brata Agnieszka i sama zaraz poczuła, że też się uspokaja. — Milicja toby przecież od razu przyjechała, zamiast dzwonić i płoszyć złodzieja. A my jesteśmy w porządku. Mamy klucze i list od właściciela.

Podeszła do lady, na której stał telefon, podniosła słuchawkę i powiedziała drżącym nieco głosem:

— Słucham.

— To ja, Ptasznik — odezwał się łagodny głos w telefonie. — Więc jednak się udało! Czy... czy pani... przepraszam, że tak powiem, jest dzieckiem?

— Mam trzynaście lat — odpowiedziała Agnieszka, nie wiadomo czemu rumieniąc się po uszy. — I jestem tu z bratem, a on ma osiem lat.

— Tak właśnie myślałem, że to najpewniej będą jakieś dzieci. Na dzieci najprędzej można liczyć w takich sprawach dziwnych i niespodziewanych. Ale w mojej sprawie nie ma nic tak znowu bardzo dziwnego, poza sposobem, w jaki was tu zwabiłem... Po prostu łękotka...

— Czy to też jakieś zwierzę? — spytała Agnieszka.

— Nic podobnego. To jest taka mała kostka, a raczej chrząstka w moim kolanie. Od czasu do czasu zapomina, jak się powinna zachowywać. — Chrup! — wtedy trzeba nogę wkładać w gips. No i właśnie dzisiaj zapakowali mnie w gips i przywieźli do domu. Ja sobie jakoś radzę, bo to mi się zdarza nie pierwszy raz... Ale teraz właśnie są święta... — wszyscy znajomi i sąsiedzi porozjeżdżali się. Mój pomocnik wraca dopiero pojutrze... Postanowiłem więc, nie mając innego wyjścia, wysłać Marysię z kartką i z kluczami. Wiedziałem, że będzie latała koło sklepu i, prędzej czy później, kogoś zaczepi. Ona jest bardzo towarzyska!

— Aha, więc to papuga ma na imię Marysia! A ja cały czas myślałam, że ona mnie tak nazywa, i tłumaczyłam jej, że ja nie jestem Marysia, tylko Agnieszka!