Ale, o dziwo — rozchmurzył się zamiast rozgniewać.
— No dobrze, już dobrze — powiedział do psa. — Siadaj.
Pies, co jeszcze dziwniejsze, usiadł potulnie, a kierowca zwrócił się do dzieci:
— Tylko w czasie jazdy trzymajcie go krótko, żeby nie zrobił wypadku drogowego. Dokąd?
Agnieszka podała adres.
Wóz ruszył i po niewielu minutach szamotania się z psem, perswazji i groźnych przemówień znaleźli się w niewielkiej uliczce. Stały tu rzędem małe, nowo wybudowane domki, niektóre nawet jeszcze niewykończone, ujęte w rusztowania.
Kierowca zatrzymał się przed jednym z nich i powiedział:
— No to jesteśmy w domu.
Pies porwał się gwałtownie do wyjścia, depcząc im po kolanach i rękach. Wysiadł z samochodu z takim samym zapałem, jak i do niego wsiadł. Wlokąc za sobą tego zachwyconego całym światem stwora, ruszyli w stronę willi. Weszli przez uchyloną furtkę do ogródka. Stanęli na małym ganeczku i zadzwonili do drzwi.
— Ty — powiedział Antek. — Coś tu jakby ciemno.