Ale po chwili rozległ się jednak za drzwiami jakiś ruch.

Ktoś mocował się z zamkiem, w końcu drzwi uchyliły się, wyjrzała spoza nich kobieca głowa omotana chustką i usłyszeli:

— Kolędników nie trzeba! — trzask! I drzwi zamknęły się z powrotem.

— Ojejku, ale draka! — westchnął Antek i zadzwonił jeszcze raz. Cisza. Jeszcze raz. I znowu nic.

Pies postanowił przyjść mu z pomocą i rozszczekał się najpierw grubo i groźnie, potem cieniej, prosząco i łagodnie, a na koniec piskliwie, smętnie i żałośliwie, prawie z płaczem. Były to odgłosy bardzo wyszukane i po pewnym czasie odniosły skutek.

Drzwi uchyliły się znowu.

— Czy tu mieszkają państwo Morawscy? — zdążyła spytać Aga.

Zachustkowana osoba odpowiedziała:

— Państwo wyjechało! I panienka też.

— Przywieźliśmy tylko psa ze sklepu. Chcemy go zostawić.