— Państwo wyjechało na święta, mówię. Ja nic nie wiem.

Pies zdecydował ponownie, że musi wtrącić do rozmowy swoje trzy grosze.

Huraganowym atakiem rzucił się w szparę uchylonych drzwi. Sforsował próg. I skoczył na gosposię z mnóstwem wylewnych i czułych pieszczot.

Kobieta cofnęła się pod naporem psa i otworzyła drzwi szerzej.

— Matko Boska i to ma być pies? To chyba małpa jaka!

— Proszę pani! Państwo Morawscy kupili tego pieska... — zaczęła tłumaczyć łagodnie Agnieszka. Antek natomiast usiłował osadzić, uspokoić, utrzymać szczeniaka, lecz skutek był taki, że ciągniony na smyczy sam znalazł się za progiem mieszkania.

— Proszę pani. Nas przysłał pan Ptasznik... — zaczęła Aga powtórnie.

Na nic jednak nie zdałyby się przemowy i wyjaśnienia Agnieszki. Gosposia wpuściła ich wprawdzie do środka (choć właściwie to wpuścił ich pies), jednakże z uporem powtarzała swoje „ja tam nic nie wiem” i oganiała się ręką od szczeniaka. Ale on nie dawał się zniechęcić. Ogonek poruszał się jak najszybsze wycieraczki samochodowe świata. Przednie łapy opierały się co chwila o wiśniowy sweter gosposi wyciągając zeń niepokojące pętelki i nitki. Gęba śmiała się od ucha do ucha, a różowy ozór rozdzielał na prawo i na lewo serdeczne liźnięcia.

— Pójdziesz do budy! Pójdziesz do pola! — pokrzykiwała pani gosposia na psa. Lecz Agnieszka i Antek ze zdumieniem spostrzegli, że głos jej łagodnieje, jakby roztapiał się pod wpływem gorących objawów psiego uczucia.

— W sobie to ty nawet jesteś niebrzydki, ale ta morda twoja okropna jak u diabła! — rzekła wreszcie. — Skrzywdził cię Pan Bóg, że ci taką mordę dał! Coś ty komu, biedaku, zawinił?