Po tej przemowie gosposia przełamała widać wewnętrzne opory, bo otworzyła przed nimi drzwi do czyściuteńkiej kuchni.
— Zajdźcie — powiedziała. — Wszystko wam przetłumaczę. Ja wiedziałam, a jakże, że ma pies być kupiony — oświadczyła, gdy już rozsiedli się na kuchennych stołkach. — Gdzieby tam bez mojej zgody psa do domu wzięli! Nie wiedziałam tylko, że on taki będzie. Bokser, mówią, a co mnie to obchodzi, jak go wołają? Jakem go przez te szybkę zobaczyła, myślę sobie: no, nie będę ja pod jednym dachem z takim diabłem! Mało to zacnych psów, eleganckich na świecie? Udam, że nic nie wiem, od progu odprawię, niech go gdzie chcą odwożą, a jak państwo wróci, to ja wyrażę niezgodę!
Poklepała myszkującego w kuchni psa po głowie.
— Tylko że teraz widzę, jakie to serdeczne, a mądre jakie! Mądry pies! Od razu dobrego człowieka pozna, od razu wie, gdzie dobre serce bije! Złego by tak nie powitał!
Antek i Aga uznali za stosowne przemilczeć fakt, że pies obdarza gorącymi uczuciami cały świat bez wyjątku.
A pani gosposia, wzruszona bardzo tym, co powiedziała o sobie, poczuła nagle taki przypływ życzliwości i sympatii, że nie tylko psa, ale również Agę i Antka postanowiła nią obdzielić.
Sięgnęła więc na kredens i ściągnęła stamtąd obiecującą brytfankę z obiecująco zarumienioną i wypukłą zawartością.
— Placka zjecie! — orzekła. — Nie, placka to potem! Głód wam z oczu patrzy. Dam wam pierwej bigosu. Zawsze to wypada ugościć!
Nałożyła bigosu do małego rondelka i postawiła na gazie.
Wyciągnęła z kredensu talerzyki i sztućce, zaczęła rozkrawać placek.