Pies natychmiast siadł naprzeciwko niej i jego spojrzenie zmieniło się w jedną wielką błagalną prośbę. Na żałosnej teraz gębie pojawiły się malownicze bąble śliny i zaczęły skapywać na podłogę.

— Głodnyś ty też, biedaku! — stwierdziła pani gosposia i podała psu grubachną pajdę placka.

— Proszę pani, on tego nie może chyba jeść! — zaprotestowała Aga. — On ma specjalne dziecinne jedzenie!

Pies, jakby zrozumiał, o czym mowa, zdwoił tempo pożerania ciasta, mlaszcząc i ciamkając jak trzoda zgłodniałych prosiąt.

— U mnie pies głodny nie będzie! — oświadczyła dobitnie gosposia, nakładając im bigos na talerze. Rozsiadła się potem na swym stołku i z zadowoleniem przypatrywała się, jak jedzą.

— A ten Psiarczyk — zapytała — co psami handluje, to pewnie wasz ojciec będzie?

— On jest Ptasznik, a nie Psiarczyk — poprawił Antek.

— Nie ojciec — powiedziała Agnieszka. — On tylko zachorował i nie mógł się zająć tym psem, a myśmy mu pomogli.

— Też dobre dzieci jesteście — westchnęła, stawiając przed nimi placek. — A skądżeście są2?

— My? — odrzekł Antek. — My jesteśmy z Polnej ulicy!