— Cicho, zaraz to zlikwidujemy! Poszukaj jakiejś doniczki!

Rodzeństwo, w najlepszej komitywie i zgodzie, zabrało się do zacierania śladów zbrodni. A nie można było tego czynu nazwać inaczej, jak zbrodnią.

Paprotka, którą przed wieloma, wieloma laty mama dostała w podarku od cioci Marychny, była bardzo ważnym członkiem rodziny. Mama jej doglądała, kropiła, wietrzyła, nawoziła, nie pozwalała palić przy niej papierosów tacie ani gościom. Paprotka zastępowała mamie ogródek działkowy — ba, całe gospodarstwo rolne. Dla dzieci zaś była niezrównanym towarzyszem zabaw.

Wystarczyło zapalić małą lampkę i ustawić ją w odpowiednim miejscu. Wtedy bujne liście paprotki rzucały ogromne cienie na ściany. Pokój zamieniał się w bezludną wyspę, tropikalną dżunglę, las przedpotopowy — co tylko było potrzebne.

Paprotka była także główną bohaterką wszystkich przeprowadzek wewnątrzmieszkaniowych. Takie przeprowadzki odbywały się dosyć często dla podtrzymania ducha w rodzinie. Gdy czekanie na nowe mieszkanie, które jakoś nie mogło się wybudować, wydawało się już zbyt długie i nieznośne. Gdy w domu wszystko okazywało się niemożliwie ciasne i stare. Wówczas mama rzucała hasło: „Przeprowadzka!”. Przestawiało się wtedy meble. Ktoś zamieniał się z kimś na miejsce do spania albo na kącik do pracy. Tata zaś ustawiał nadzwyczaj pomysłowe przegródki, które miały w czarodziejski sposób powiększyć mieszkanie o jeden przynajmniej pokój. Pierwszym punktem programu każdej przeprowadzki było wyznaczenie miejsca dla paprotki.

Nic więc dziwnego, że Antek zmiatał teraz na szufelkę każdą drobinkę ziemi tak uważnie, jakby zbierał rozsypane perły.

— Tata ma rację, że ona jednak jest nie do zdarcia, ta paprotka. Patrz, nic jej się nie stało. Ani jeden listek się nie złamał!

Agnieszka już oglądała przyniesioną z balkonu doniczkę.

— Nawet dobrze się składa, mama już dawno mówiła, że trzeba ją przesadzić.

Ostrożnie dźwignęła paprotkę razem z bryłą ziemi.