o której mąż mi prawił; — lecz ona bez ruchu

trwa, rozkazaniom moim nie dając posłuchu.

Po chwili, władnym ruchem wzniesionej prawicy,

wypędza mnie niejako z domu i świetlicy.

Odwracam się i w gniewie zmierzam, gdzie wspaniałe

małżeńskie łoże piętrzy swe posłanie białe —

tam bowiem do sypialni skarbczyk nasz przytyka;

wtedy widmo, ta zmora wychudła jak tyka,

zrywa się z pawimentu656, zabiega mi drogę,

ślepiem razi mnie krwawym! — iść dalej nie mogę,