podziało się niespodziewanie!

Pukamy raz, pukamy drugi —

nikt nie otwiera przez czas długi;

trzęsiemy drzwiami — znów pukamy —

szast-prast wypadły zgnite bramy.

My w krzyk i groźby! — czeladź głucha

ani to patrzy, ani słucha.

Tak chwilę trwamy w wielkiej ciszy!

— Kto nie chce słyszeć, ten nie słyszy.

Więc złość nas bierze! Do obucha!