Potem oko nęciły misterne znów malatury

W sali; na nich panowie i panie, w pięknym ogrodzie,

Koniuszczkami paluszków prześliczne kwiaty zrywają.

Dziś nie spojrzy nikt na to. Ja sam niechętnie tam chodzę.

Bo to teraz ma wszystko być inne i niby gustowne.

Jak mawiają; więc białe sztachety, a ławki drewniane,

Gładkie i niewytworne; złocenia i rzeźby wyklęte.

No, i jakbym się przecie nie wzdragał iść za postępem

I odnawiać niekiedy rupiecie: ale się lękam

Dotknąć tego, bo któż opłacić dziś zdoła robotę?