Wczoraj rano, o świcie, siedziałem przed swoim zameczkiem,
W zwykłym ducha skupieniu, pacierze zmawiając poranne.
Wtem wiewiórka przechodzi i wita się ze mną uprzejmie,
Mówiąc, że idzie do dworu. — Bóg z wami! powiadam jej na to,
A ujrzawszy, że biedna znużona jest srodze podróży.
Sam wyniosłem jej chleb, i masło, i świeże wisienki.
Jadła jeszcze ze smakiem, gdy zbliżył się do nas mój Lubuś,
Ukochany pieszczoszek, i chwycił ze stołu kęs chleba,
Boć dzieciaki łakome są zawsze; aż chytre stworzenie
Jak go skrobnie pazurem po pyszczku, tak krew się polała.