Jawnym było, że nicpoń w pierwszy mnie ogień chce wypchnąć,
Alem na to nie zważał i krętym się przejściem wsunąłem
W głąb jaskini. Tam widok mnie czekał obrzydły i wstrętny;
Gniazdo poczwar szkaradnych ujrzałem na zgniłym śmietnisku;
Obok nich matka leżała, jak diabeł, tak czarna i brzydka:
Gębę miała szeroką i wielkie a ostre w niej zęby;
Długie pazury u łap. Jak żyję, straszydła takiego
Nigdziem dotąd nie widział. Zmierzyła mnie wściekle ślepiami,
A i młode się też ruszyły zaczepnie z barłogu.
Źle być może, myślałem; ich tyle, a ja tu sam jeden,