Laertes stał w zamyśleniu przy oknie i wsparłszy się na ręce, wyglądał na pole. Filina, przemknąwszy przez dużą salę, oparła się na przyjacielu i żartowała z jego poważnej miny.

— Nie śmiej się — odrzekł — obrzydliwa to rzecz, jak ten czas mija, jak się wszystko zmienia i kończy! Patrz no, tu jeszcze niedawno był piękny obóz, jak wesoło wyglądały namioty! Jakie tam wrzało życie! Jak staranną rozciągano straż nad całym obszarem! A teraz wszystko już znikło. Jeszcze tylko przez krótki czas pozostawi ślad po sobie zgnieciona trawa i wykopane doły do gotowania; potem wszystko zaorzą, a obecność tylu tysięcy dzielnych mężczyzn w tej okolicy będzie się tułać jedynie w głowach kilku starych ludzi.

Filina zaczęła śpiewać i zaciągnęła przyjaciela na taniec do sali.

— Ponieważ nie możemy dogonić czasu, kiedy już minął — zawołała — to czcijmy go przynajmniej wesoło i wdzięcznie jak piękne bóstwo, kiedy koło nas przebiega.

Zrobili zaledwie kilka zwrotów, kiedy przez salę przeszła pani Melina. Filina była tyle złośliwa, że i ją także zaprosiła do tańca, by tym sposobem przypomnieć jej zepsutą figurę, spowodowaną stanem brzemienności.

— Ach — rzekła za jej plecami Filina — żebym już nigdy nie zobaczyła kobiety przy nadziei.

— Ona jednak ją ma — rzekł Laertes.

— Ale to jej nie do twarzy. Czy zauważyłeś, jak przednia fałda jej skróconej sukni wybiega zawsze naprzód, ilekroć ona się poruszy? Ona nie ma żadnego sposobu ani zręczności, żeby sobie jako tako poradzić i ukryć swój stan.

— Daj spokój — odparł Laertes — czas przyjdzie jej z pomocą.

— Byłoby to jednak daleko ładniej — zawołała Filina — gdyby dzieci strząsało się z drzew.