Spojrzała na niego z dziką obojętnością i kiedy jej podawał rękę, oddaliła się o kilka kroków.
— Nic na tym nie zależy! — zawołała — tyle a tyle łez niewieścich więcej albo mniej; morze przez to nie wzrośnie. A jednak — mówiła dalej — wśród tysięcy jedna ocalona, i to coś znaczy, wśród tysięcy znaleźć jednego uczciwego, to nie do odrzucenia! Czy też wiesz pan, co przyrzekasz?
— Wiem — odparł Wilhelm z uśmiechem, zatrzymując jej rękę.
— Przyjmuję — odrzekła i uczyniła ruch prawą ręką tak, że on myślał, iż ujmie jego prawicę; ale ona szybko sięgnęła do kieszeni, błyskawicznie wyjęła sztylet i czubkiem i ostrzem przeciągnęła mu po ręce. Cofnął ją szybko, ale krew już ciekła.
— Was, mężczyzn, trzeba ostro nakarbować, żebyście coś zauważyli — zawołała z dziką wesołością, która niebawem przemieniła się w porywczą zabiegliwość.
Wzięła swą chusteczkę i obwiązała mu rękę, ażeby zatamować tryskającą krew.
— Przebacz pan na pół obłąkanej — zawołała — i nie żałuj tych kropli krwi. Uspokoiłam się; znów jestem sobą. Na kolanach będę przepraszała; zostaw mi pan pociechę, że cię uleczę.
Pośpieszyła do swej szafy, wyjęła płótno i jakieś narzędzia; zatamowała krew i starannie opatrzyła ranę. Cięcie przeszło przez pięść wprost pod wielkim palcem, przecięło linię życia i kończyło się u małego palca. Przewiązywała je w milczeniu i zatopiona w sobie z jakąś poważną zadumą.
On pytał kilkakrotnie:
— Najdroższa, jakżeś mogła zranić swego przyjaciela?