— Dobrze — rzekł Wilhelm — więc Cecylia?

— Nie ma Cecylii.

— Henryka?

— Wcale nie! Miej się pan na baczności! Pańska ciekawość będzie musiała się wyspać.

Wilhelm ociągał się i drżał; chciał otworzyć usta, ale głos mu nie dopisał.

— Marianna? — szepnął wreszcie. — Marianna?

— Brawo! Trafiłeś pan! — zawołała Filina, obracając się swoim zwyczajem na obcasie.

Wilhelm nie mógł wymówić ani słowa, a Serlo, który nie zauważył jego wzruszenia, w dalszym ciągu nastawał na Filinę, żeby otworzyła drzwi.

Jakże oboje się zdumieli, gdy nagle Wilhelm przerwał gwałtownie ich przekomarzania się, padł Filinie do nóg i z najżywszym wyrazem namiętności prosił ją i zaklinał.

— Pozwól mi, pani, widzieć się z tą dziewczyną! — wołał. — Ona jest moja, to moja Marianna! Ona, za którą przez wszystkie dni mego życia tęskniłem, ona, która mi wciąż jeszcze zastępuje wszystkie inne kobiety w świecie! Pójdź, pani, przynajmniej do niej, powiedz jej, że ja tu jestem, że tu jest człowiek, który swą pierwszą miłość i całe szczęście młodości swojej z nią zespolił. Chce się on usprawiedliwić, że ją nie po przyjacielsku opuścił, chce ją prosić o przebaczenie, chce jej darować, w czymkolwiek mogła przeciw niemu zawinić, nie chce nawet żadnych mieć do niej nadal pretensji, byle ją tylko raz jeszcze ujrzał, byleby się tylko przekonał, że ona żyje i jest szczęśliwa!