— I niestety! — odparł lekarz, poczytując okrzyk Wilhelma jedynie za wyraz filantropijnego współczucia — damę tę trapi smutek jeszcze głębszy, który sprawia, że oddalenie się od świata nie jest jej wstrętne. Właśnie młodzieniec ów żegna się z nią; ona nie ma dość oględności, by ukryć kiełkującą skłonność; on się ośmiela, bierze ją w objęcia i przyciska silnie do jej piersi wielki portret małżonka, wysadzany brylantami. Ona uczuwa ból gwałtowny, który powoli mija, pozostawiając z początku małe zaczerwienienie, ginące potem bez śladu. Jako człowiek jestem przekonany, że nie ma ona sobie nic więcej do wyrzucenia, jako lekarz jestem pewny, że ów ucisk nie będzie miał złych następstw, ale ona nie daje sobie wyperswadować, że tam nie ma stwardnienia, a kiedy chce się wyperswadować jej to uprzedzenie za pomocą dotyku, utrzymuje, że to tylko w tej chwili nic nie czuć, że to cierpienie zakończy się rakiem; tym sposobem jej młodość, jej urok zostały całkiem stracone i dla niej, i dla innych.
— O, ja nieszczęsny! — zawołał Wilhelm, uderzając się w czoło i wybiegając z towarzystwa w pole.
Nigdy jeszcze się nie znajdował w takim stanie.
Lekarz i ksiądz, niezmiernie zdumieni tym odkryciem, mieli wieczorem dosyć z nim do czynienia, kiedy powróciwszy, w szczegółowym zwierzeniu o owym wypadku gorąco się oskarżał. Obaj wielce się nim zainteresowali, zwłaszcza że pod wrażeniem chwili w czarnych barwach odmalował im także swe ogólne położenie.
Nazajutrz lekarz nie dał się długo prosić i wraz z nim udał się do miasta, by mu dotrzymać towarzystwa i, jeżeli będzie można, udzielić pomocy Aurelii, którą nasz przyjaciel opuścił w niepocieszających okolicznościach.
Zastali ją rzeczywiście w gorszym stanie, niż mniemali. Miała rodzaj ogarniającej ją gorączki , którą tym trudniej było leczyć, że Aurelia swoim zwyczajem naumyślnie ją podtrzymywała i zwiększała. Obcy nie został przedstawiony jako lekarz i zachowywał się bardzo ujmująco i roztropnie. Mówiono o stanie jej ciała i duszy, a świeży przyjaciel opowiadał niejedną historię o tym, jak pewne osoby pomimo takiego chorobliwego usposobienia mogą dożyć podeszłego wieku, że w takich razach nic nie ma szkodliwszego niż umyślne odnawianie namiętnych wzruszeń. Przede wszystkim nie skrywał tego, że uważał za nader szczęśliwe te osoby, które wobec, niedającej się uleczyć całkowicie chorobliwości miały pociąg do oddania się prawdziwie religijnemu nastrojowi. Mówił to w sposób bardzo skromny i niby historycznie, obiecał przy tym dostarczyć swoim nowym przyjaciołom wielce interesującą lekturę rękopisu, który otrzymał z rąk zmarłej już natenczas, doskonałej przyjaciółki.
— Jest on mi nieskończenie drogi — rzekł on — powierzam państwu sam oryginał. Tylko tytuł jest mojej ręki: Zwierzenia pięknej duszy.
O dietetycznym i lekarskim traktowaniu nieszczęśliwej rozstrojonej Aurelii lekarz udzielił Wilhelmowi najlepszej rady, jaką miał, obiecał pisywać i jak tylko będzie można, przybyć osobiście.
Tymczasem podczas nieobecności Wilhelma następowała zmiana, której nie mógł się domyślać. Od chwili, kiedy wziął na siebie kierownictwo, traktował cały interes z pewną swobodą i hojnością, zważał głównie na sprawę, a mianowicie, co się tyczyło ubiorów, dekoracji i rekwizytów, sprawiał wszystko przystojnie i obficie, chcąc zaś podtrzymać dobrą wolę ludzi, schlebiał też ich własnej korzyści, ponieważ nie mógł wpłynąć na nich szlachetniejszymi pobudkami; a poczytywał się za uprawnionego w tej mierze tym bardziej, że Serlo sam nie rościł najmniejszych pretensji do miana dobrego gospodarza, lubił słuchać pochwał o świetności swego teatru i był zadowolony, gdy Aurelia, prowadząca całe gospodarstwo, po zaspokojeniu wszystkich kosztów zapewniała, że nie ma wcale długów i jeszcze dawała tyle, ile było potrzeba na pokrycie długów, które by Serlo mógł zaciągnąć nadzwyczajną szczodrością dla swych piękności czy z też innym sposobem.
Melina, który tymczasem zajmował się garderobą, swoim zwyczajem w milczeniu przypatrywał się chłodno i chytrze całej sprawie, a wobec oddalenia się Wilhelma i wzmagającej się choroby Aurelii potrafił dać odczuć Serlowi, że można by mieć więcej dochodu, mniej wydawać i albo coś odłożyć, albo też wreszcie wedle woli żyć jeszcze weselej. Serlo chętnie tego słuchał, a Melina odważył się wysunąć ze swoim planem.