— Nie chcę utrzymywać — rzekł on — że którykolwiek z aktorów ma obecnie za wielką gażę; są to ludzie pełni zalet i byliby pożądani w każdym miejscu, ale w porównaniu do dochodu, jaki nam przynoszą, otrzymują jednak za dużo. Moim projektem byłoby urządzić operę, a co się tyczy dramatu, to muszę panu powiedzieć, że jesteś pan człowiekiem, który sam może wymyślić cały dramat. Czyż pan sam nie doświadczasz teraz tego, że pańskie zalety źle są oceniane? Nie dlatego, że pańscy współgrający są wyborni, ale dlatego że są dobrzy, nie oddają już należnej sprawiedliwości pańskiemu nadzwyczajnemu talentowi. Przedstaw się pan, jak to zresztą bywało, sam jeden, staraj się pan ściągnąć do siebie ludzi miernych, ba, złych nawet, że tak powiem, za szczupłą gażę, okrzesz tę zgraję, jak pan to doskonale umiesz, pod względem mechanicznym, obróć pan resztę na operę, a zobaczysz, że tym samym wysiłkiem i tym samym kosztem wzbudzisz pan większe zadowolenie i zyskasz nieporównanie więcej pieniędzy niż dotychczas.

Serlowi zbyt to pochlebiało, ażeby jego zarzuty mogły mieć jakąkolwiek siłę. Przyznał się chętnie Melinie, że przy swoim zamiłowaniu do muzyki już od dawna pragnął czegoś podobnego, ale uważa przy tym, iż przez to upodobania publiczności jeszcze bardziej skierują się na manowce i że przy takim zmąceniu teatru, który nie jest naprawdę ani operą, ani dramatem, musi zniknąć nawet resztka smaku do jakiegoś określonego i zupełnego dzieła sztuki.

Melina niezbyt delikatnie żartował z tego rodzaju pedantycznych ideałów Wilhelma, z zarozumiałości, by kształcić ogół widzów zamiast kształcenia się według tego ogółu, a obaj z mocnym przekonaniem zgodzili się na to, że należy tylko ściągać pieniądze, bogacić się albo żyć wesoło, i prawie nie ukrywali przed sobą, iż pragnęli jedynie pozbyć się tych osób, które ich planowi stawały na przeszkodzie. Melina żałował, iż słabowite zdrowie Aurelii nie obiecywało jej długiego życia, myślał jednak zupełnie co innego. Serlo niby to ubolewał, że Wilhelm nie jest śpiewakiem, i dawał przez to do zrozumienia, iż niebawem uzna go za zbytecznego. Melina wystąpił z całym rejestrem oszczędności, jakie by należało zrobić, a Serlo widział w nim potrójne zastępstwo swego pierwszego szwagra.

Czuli dobrze, iż musieli sobie przyrzec tajemnicę o tej rozmowie, a przez to jeszcze bardziej się ze sobą związali i korzystali ze sposobności, by potajemnie rozprawiać o wszystkim, co się działo, ganić to, co przedsiębrali Aurelia i Wilhelm, i w myśli coraz lepiej opracowywać swój nowy projekt.

Jakkolwiek obaj trzymali plan swój w ukryciu, jakkolwiek nie zdradzali się słowami, nie byli jednak dosyć polityczni, by utaić swoje uczucia w swoim postępowaniu. Melina sprzeciwił się Wilhelmowi w kilku wypadkach, które należały do jego zakresu, a Serlo, który nigdy nie obchodził się z siostrą delikatnie, stawał się tym przykrzejszy, im bardziej zwiększała się jej słabowitość i im bardziej mogła zasługiwać na wyrozumiałość wobec swych nierównych, namiętnych usposobień.

W tym właśnie czasie wzięto do gry Emilię Galotti125. Sztuka ta była bardzo szczęśliwie obsadzona i w ograniczonym zakresie tej tragedii każdy mógł ukazać całą różnorodność swojej gry. Serlo jako Marinelli był na swoim miejscu, Odoardo był reprezentowany bardzo dobrze, pani Melina grała matkę z wielkim zrozumieniem, Elmira w roli Emilii odznaczyła się na swą korzyść, Laertes jako Appiani występował z wielką przyzwoitością, a Wilhelm poświęcił kilka miesięcy studiów na rolę księcia. Przy tej sposobności zarówno sam ze sobą, jak z Serlem i Aurelią często dyskutował, jaka jest różnica między szlachetnym a pańskim zachowaniem się i o ile tamto w tym, ale nie to w tamtym musi być zawarte.

Serlo, który sam jako Marinelli grał dworaka czysto, bez karykatury, wypowiedział w tej mierze niejedną dobrą myśl.

— Pańska układność — mówił — jest bardzo trudna do naśladowania, ponieważ jest właściwie negatywna i wymaga długiej i wytrwałej wprawy. Nie należy bowiem w swoim zachowaniu okazywać niczego, co oznaczałoby dostojność, gdyż tym sposobem łatwo się popada w formalistyczną nadętość; powinno się raczej unikać wszystkiego, co jest niedostojne, co jest pospolite; nigdy nie należy zapominać się, zawsze zwracać uwagę na siebie i innych, niczego sobie nie pozwalać, innym nie okazywać względów ani za wiele, ani za mało, niczym nie dać się wzruszyć, niczym dotknąć, nigdy się nie zagalopować, umieć w każdej chwili panować nad sobą i utrzymywać tym sposobem zewnętrzną równowagę, jakkolwiek by się wewnętrznie burzyło. Człowiek szlachetny może się niekiedy zaniedbać, dostojny nigdy. Ten jest jak człowiek pięknie ubrany: nie będzie się o nic opierał, a każdy będzie strzec się, by się o niego nie otrzeć; wyróżnia się od innych, a jednak nie powinien stać samotnie, albowiem jak w każdej sztuce, tak i w tej, rzecz najtrudniejszą ostatecznie należy wykonać z łatwością; tak też człowiek dostojny mimo całego oddzielania się powinien zawsze wydawać się związany z innymi, nigdzie sztywny, wszędzie zręczny, zawsze się zjawiać jako pierwszy, a nigdy się jako taki nie narzucać. Widać więc z tego, że aby się okazać dostojnym, trzeba nim być rzeczywiście; widać dalej, dlaczego przeciętnie kobiety mogą prędzej niż mężczyźni nadać sobie ten wygląd, dlaczego dworacy i żołnierze najrychlej osiągają tę układność.

Wilhelm tedy był już prawie zrozpaczony swą rolą, ale Serlo znów mu dopomógł, udzielając mu nader subtelnych spostrzeżeń na temat szczegółów i tak go strojąc, że na przedstawieniu reprezentował, przynajmniej w oczach tłumu, wcale wytwornego księcia.

Serlo obiecał podzielić się z nim po przedstawieniu uwagami, jakie jeszcze o nim może poczynić, jednak nieprzyjemna kłótnia między bratem a siostrą przeszkodziła wszelkiej krytycznej rozmowie.