Aurelia odegrała rolę Orsiny w taki sposób, jakiego się zapewne już nigdy nie zobaczy. Rolę znała w ogóle bardzo dobrze i na próbach traktowała ją obojętnie, ale na przedstawieniu usunęła, że tak powiem, wszystkie śluzy swego indywidualnego smutku, a z tego wynikło takie odegranie, jakiego by sobie nie mógł wyobrazić żaden poeta w pierwszym zapale wzruszenia. Niezmierne oklaski publiczności nagrodziły jej bolesne wysiłki, ale też spoczywała na pół omdlała na krześle, kiedy odszukano ją po przedstawieniu.
Serlo z powodu jej przesadnej gry, jak ją nazwał, i z powodu odsłonięcia głębi serca przed publicznością, której mniej więcej znana była owa fatalna historia, już dał poznać swoje oburzenie i jak zwykł był czynić w gniewie, zaczął zgrzytać zębami i tupać nogami.
— Zostawcie ją — rzekł, gdy znalazł ją na krześle otoczoną przez aktorów. — Niedługo wyjdzie na scenę całkiem nago i wtedy dopiero będą przyjemne oklaski.
— Niewdzięczny! — zawołała Aurelia. — Nieludzki! Niebawem zaniosą mnie nagą tam, gdzie żadne oklaski do uszu naszych nie dochodzą!
To powiedziawszy, poderwała się i pobiegła do drzwi. Służąca zapomniała przynieść jej płaszcz; lektyki nie było; padał deszcz, a ostry wiatr dął po ulicach. Na próżno jej perswadowano, gdyż była niezmiernie rozgrzana; szła umyślnie powoli i wychwalała chłód, który, jak się zdawało, pożądliwie wdychała. Ledwie zaszła do domu, już ledwie mogła mówić powodu z chrypki, ale nie przyznała się, że czuje całkowitą sztywność w karku i pleców. Wkrótce opanował ją rodzaj paraliżu języka, tak że mówiła jeden wyraz zamiast drugiego; zaniesiono ją do łóżka; często stosowane środki uśmierzały jeden ból, ale ujawniał się drugi. Gorączka się wzmogła, a stan chorej stał się niebezpieczny.
Nazajutrz miała godzinę spokoju. Kazała zawołać Wilhelma i oddała mu list.
— To pismo — rzekła — już od dawna oczekuje na tę chwilę. Czuję, że koniec mego życia jest bliski; przyrzeknij mi pan, że je sam oddasz i że kilkoma słowami pomścisz moje cierpienia na niewiernym. Nie jest nieczuły i przynajmniej moja śmierć powinna go na chwilę zaboleć.
Wilhelm wziął list, pocieszając ją jednak i chcąc oddalić od niej myśl o śmierci.
— Nie — odrzekła — nie odbieraj mi pan mojej najbliższej nadziei. Długo oczekiwałam śmierci i z radością przyjmę ją w objęcia.
Wkrótce potem nadszedł przyrzeczony przez doktora rękopis. Prosiła Wilhelma, by jej coś z niego przeczytał, a wrażenie, jakie sprawił, czytelnik najlepiej będzie mógł ocenić, gdy zapozna się z następną księgą. Gwałtowne i zacięte usposobienie naszej biednej przyjaciółki stało się naraz łagodniejsze. Odebrała list i napisała inny, jak się zdaje, w bardzo pojednawczym nastroju; prosiła też Wilhelma, żeby pocieszał jej przyjaciela, jeśliby wiadomość o jej śmierci go zasmuciła, żeby go zapewnił, iż mu przebaczyła i życzy mu wszelkiego szczęścia.