Bez niemiłej rozwlekłości i powtarzań nie mogłabym przedstawić dokonanych przez siebie usiłowań, by te czynności, które mnie rozpraszały i zakłócały pokój wewnętrzny, tak załatwiać, by przy tym moje serce pozostało otwarte na działania niewidzialnej istoty; a jakże boleśnie musiałam to odczuć, że rozterki nie da się w ten sposób usunąć. Bo skoro tylko przywdziewałam szatę głupstwa, nie ograniczało się to tylko do maski, ale głupota przenikała mnie natychmiast na wskroś.
Czy mam tu przekroczyć prawo opowiadania jedynie historycznego i zrobić parę uwag o tym, co się we mnie działo? Co to mogło być, co przemieniło mój smak i usposobienie zmysłowe tak, iż w dwudziestym drugim roku, a nawet wcześniej, nie znajdowałam żadnej przyjemności w rzeczach, które mogą niewinnie bawić ludzi w tym wieku? Dlaczego dla mnie nie były one niewinne? Muszę zaiste odpowiedzieć: właśnie dlatego, że dla mnie nie były niewinne, dlatego że nie byłam niezaznajomiona z moją duszą, jak inni moi rówieśnicy. Nie, wiedziałam z doświadczeń, które niechcący osiągnęłam, że istnieją wrażenia wyższe, zapewniające nam prawdziwą przyjemność, jakiej na próżno szuka się w rozrywkach, i że w tych wyższych radościach kryje się zarazem tajemny skarb pokrzepienia w nieszczęściu.
Jednak zabawy towarzyskie i roztargnienia młodości musiały mieć dla mnie silny powab, kiedy nie potrafiłam oddawać się im tak, jakbym się im nie oddawała. Jakżebym dzisiaj mogła, gdybym tylko chciała, niejedno zrobić całkiem na chłodno, co dawniej wprowadzało mnie w błąd, a nawet groziło zapanowaniem nade mną. Tu nie można się było trzymać drogi pośredniej: musiałam się pozbawić albo powabnych przyjemności, albo orzeźwiających serdecznych wrażeń.
Ale rozterka ta już była rozstrzygnięta w mej duszy, chociaż prawie nieświadomie. Jeżeli nawet było we mnie coś, co się rwało ku przyjemnościom zmysłowym, to przecież nie mogłam się już nimi rozkoszować. Chociażby ktoś nie wiem jak lubił wino, odpadnie mu wszelka ochota do picia, jeśli znajdzie się przy pełnych beczkach w piwnicy, gdzie mu zepsute powietrze grozi zaduszeniem. Czyste powietrze więcej znaczy od wina; czułam to aż nadto żywo i już od samego początku niewiele bym potrzebowała zastanowienia, by przenieść dobro nad powab, gdyby mnie nie powstrzymywała obawa utraty miłości Narcyza. Ale gdy wreszcie po tysiąckrotnie wracającej rozterce, po ciągle powtarzanej rozwadze, przyjrzałam się bystro więzom, które mnie z nim łączyły, odkryłam, że były one słabe, że się dadzą rozerwać. Pojęłam od razu, że to tylko szklany słój zamyka mnie w przestrzeni pozbawionej powietrza; byle tylko starczyło siły, aby ją stłuc, a jesteś ocalona!
Co pomyślałam, na to się odważyłam. Zdjęłam maskę i za każdym razem postępowałam tak, jak kazało mi serce. Narcyza wciąż tkliwie kochałam, ale termometr, który przedtem stał w gorącej wodzie, wisiał teraz na wolnym powietrzu, nie mógł prześcignąć ciepła atmosfery.
Niestety, bardzo się ona oziębiła. Narcyz zaczął się wycofywać i stawać obcy, to mu było wolno, ale termometr mój opadał w miarę tego, jak on się cofał. Moja rodzina to spostrzegła, wypytywano mnie, chciano się dziwić. Oświadczyłam z męską hardością, że do tej pory dosyć się poświęcałam, że jestem gotowa i dalej aż do końca życia dzielić z nim wszelkie przeciwności, ale że żądam całkowitej swobody w swoich działaniach, że moje postępowanie powinno zależeć od przekonania, że wprawdzie nigdy nie będę trwać uparcie przy swoim zdaniu, przeciwnie, chętnie wysłucham wszelkich dowodów, ponieważ jednak tyczy się to mego własnego szczęścia, decyzja winna zależeć ode mnie i nie zniosę żadnego przymusu. Jak żadne rozumowanie największego lekarza nie zniewoliłoby mnie do przyjęcia pokarmu, zupełnie może zdrowego i przez wielu nader ulubionego, jeżeliby własne doświadczenie dowiodło mi, iż zawsze mi szkodził (że dla przykładu przytoczę użycie kawy); tak też, a raczej w stopniu jeszcze wyższym, nie dam sobie wykazać, iżby jakakolwiek czynność, która wprawia mnie w rozstrój, była dla mnie moralnie stosowna.
A że przygotowywałam się w tajemnicy już od tak dawna, rozprawy na ten temat wydawały mi się raczej przyjemne niż przykre. Dałam upust swemu sercu serce i czułam całą wartość swego postanowienia. Nie ustąpiłam ani na włos, a komu nie byłam winna dziecięcego uszanowania, tego zbywałam ostro. W domu wkrótce zwyciężyłam. Matka od młodości miała podobne myśli, tylko u niej nie osiągnęły one dojrzałości; żadna konieczność jej nie popychała i nie wzmagała odwagi do przeprowadzenia swych przekonań. Cieszyło ją, iż widziała spełnione przeze mnie swoje ciche życzenia. Młodsza siostra, zdawało się, była za mną; druga uważała i milczała. Najbardziej sprzeciwiała się ciotka. Argumenty, które podawała, jej się niepodważalne, i były takie, gdyż były całkiem pospolite. W końcu była zmuszona wykazać jej, że pod żadnym względem nie ma głosu w tej sprawie; toteż tylko niekiedy dawała poznać, że trwa przy swoim. Była ona także jedyną osobą, która to zdarzenie z rozpatrywała bliska i nie doznała żadnych uczuć. Nie uczynię jej krzywdy, gdy powiem, że nie miała serca, a pojęcia jej były nader ograniczone.
Ojciec zachowywał się zupełnie odpowiednio do swego sposobu myślenia. Mówił ze mną o tej sprawie mało, ale często, a jego racje były rozumne i jako jego nieodparte; jedynie głębokie poczucie mojego prawa dawało mi siłę występować przeciw jego zdaniom. Niebawem wszakże sceny zmieniły się; musiałam się odwołać do jego serca. Przyparta jego rozumem, wybuchnęłam najnamiętniejszymi przedstawieniami. Dałam swobodny bieg swemu językowi i łzom. Okazałam mu, jak mocno kochałam Narcyza i jaki przymus zadawałam sobie od dwóch lat, jak jestem pewna, iż robię dobrze, że gotowa jestem tę pewność przypieczętować utratą ukochanego narzeczonego i domniemanego szczęścia, ba, jeżeli tego będzie potrzeba, nawet całym swoim mieniem, że wolę raczej opuścić ojczyznę, rodziców i przyjaciół i zarabiać na chleb na obczyźnie niż postępować wbrew swoim zasadom... Ukrył swoje wzruszenie, milczał przez jakiś czas, a w końcu wobec wszystkich opowiedział się za mną.
Narcyz od owego czasu unikał naszego domu, mój ojciec zaś przestał uczęszczać na tygodniowe zebrania, na które on się przychodził. Sprawa ta zwróciła na siebie uwagę dworu i miasta. Rozmawiano o niej, jak zwykle w takich wypadkach, w których publiczność bierze namiętny udział, ponieważ jest znarowiona wywieraniem pewnego wpływu na postanowienia słabych umysłów. Znałam świat dostatecznie i wiedziałam, że częstokroć od tych samych osób doznaje się nagany za to, do czego dało się przez nie namówić, a i bez tego wobec mego stanu wewnętrznego wszystkie takie przemijające mniemania nie osiągnęłyby najmniejszego skutku.
Natomiast nie zakazywałam sobie oddawać się swojej skłonności do Narcyza. Stał się on dla mnie niewidzialny, a moje serce względem niego się nie zmieniło. Kochałam go tkliwie, jakby na nowo, i to o wiele poważniej niż przedtem. Jeżeli nie chciał zakłócać mego przekonania, byłam jego; bez tego warunku byłabym odmówiła królestwa wraz z nim. Przez kilka miesięcy nosiłam się z tymi uczuciami i myślami, a gdy w końcu poczułam się dość spokojna i silna, by rozważnie i statecznie wziąć się do rzeczy, napisałam do niego bilet grzeczny, nie tkliwy, pytając go, dlaczego już do mnie nie przychodzi.