Znałam jego usposobienie, iż w drobniejszych sprawach nie lubił się oświadczać, lecz robił w milczeniu, co wydawało mu się dobre; dlatego teraz umyślnie nań nacierałam. Otrzymałam odpowiedź długą i, jak mi się zdawało, niesmaczną, rozwlekłym stylem i zapełnioną nic nieznaczącymi frazesami: że bez lepszego miejsca nie może się urządzić i ofiarować mi swojej ręki, że sama wiem najlepiej, jak mu dotychczas wszystko szło opornie, że jego zdaniem od tak dawna trwający, a bezowocny stosunek może zaszkodzić mojej sławie, więc powinnam mu pozwolić, iżby się trzymał jak dotąd w oddaleniu, że gdy tylko będzie mógł uczynić mnie szczęśliwą, to słowo mi dane będzie dla niego święte. Odpowiedziałam mu natychmiast, że ponieważ sprawa znana jest całemu światu, trochę to za późno oszczędzać moją dobrą sławę i że dla niej najpewniejszą obroną byłoby moje sumienie i niewinność, że jemu natomiast zwracam słowo bez namysłu i życzę, by mu się przy tym szczęśliwie powodziło. W tej samej godzinie otrzymałam krótką odpowiedź, która w rzeczy głównej brzmiała tak samo jak pierwsza. Utrzymywał i teraz, że kiedy dostanie posadę, przyjdzie mnie spytać, czy zechcę dzielić z nim szczęście.
Dla mnie znaczyło to tyle co nic. Oświadczyłam swoim krewnym i znajomym, że rzecz załatwiona; było tez tak rzeczywiście. Bo gdy w dziewięć miesięcy potem awansowano go według jego najświetniejszych życzeń, ofiarował mi swą rękę raz jeszcze, ale pod warunkiem, iż jako żonie człowieka, który musi prowadzić dom, wypadnie mi zmienić swój sposób myślenia. Podziękowałam grzecznie i wydostałam się z sercem i myślą z tej historii tak, jak się śpieszymy z teatru po zapadnięciu zasłony. A że wkrótce potem, co mu przyszło już z wielką łatwością, znalazł bogatą i wpływową partię i widziałam go szczęśliwego według jego życzenia, uspokoiłam się tedy w zupełności.
Nie powinnam pominąć milczeniem, iż zanim jeszcze otrzymał posadę i potem, parę razy zwracano się do mnie z świetnymi projektami małżeństwa, ale odrzucałam je bez wahania, chociaż ojciec i matka życzyliby sobie większej uległości z mej strony.
Zdawało się teraz, że po burzliwym marcu i kwietniu przypadła mi w udziale najpiękniejsza pogoda majowa. Obok dobrego zdrowia cieszyłam się nieopisanym spokojem umysłu; rozpatrując się w sobie jak najdokładniej, zauważyłam, że na stracie zyskałam. Jako młodej i uczuciowej, przyroda wydawała mi się tysiąckroć piękniejsza niż przedtem, kiedy musiałam mieć towarzystwo i zabawy, aby mi się nie przykrzyło w pięknym ogrodzie. Ponieważ nie wstydziłam się już swojej pobożności, miałam też odwagę nie skrywać swojej miłości do sztuk i nauk. Rysowałam, malowałam, czytałam i znajdowałam dosyć ludzi, którzy mi dopomagali; zamiast wielkiego świata, który opuściłam, a raczej który mnie opuścił, utworzył się koło mnie szczuplejszy, ale daleko bogatszy i bardziej zajmujący. Miałam zamiłowanie do życia towarzyskiego i nie zapieram się, że po zaniechaniu dawniejszych znajomości strasznie mi było przed samotnością. Teraz miałam stratę powetowaną dostatecznie, ba, może aż zanadto. Moje znajomości teraz dopiero stały się naprawdę rozległe, nie tylko z krajowcami, których sposób myślenia zgadzał się z moim, ale i z obcymi. Moja historia stała się głośna, wielu też ludzi parła ciekawość zobaczenia dziewczyny, która Boga ceniła wyżej niż narzeczonego. W ogóle dawał się wtedy zauważyć w Niemczech pewien nastrój religijny. W wielu domach książęcych i hrabiowskich ożywiła się dbałość o zbawienie duszy. Nie brakło szlachty, która okazywała podobną troskliwość, a w niższych stanach usposobienie to było wielce rozpowszechnione.
Rodzina hrabiowska, o której wspomniałam wcześniej, przyciągała mnie ku sobie bliżej. Pomnożyła się ona tymczasem, ponieważ kilku krewnych przeniosło się do miasta. Te szanowne osoby szukały mego towarzystwa, jak ja ich. Miały one licznych krewnych, poznałam więc w tym domu mnóstwo książąt, hrabiów i panów Rzeszy129. Mój sposób myślenia nie był tajemnicą dla nikogo, a czy go szanowano, czy tylko oszczędzano, osiągnęłam swój cel i nie narażałam się na napady.
I w inny jeszcze sposób miałam być znowu wprowadzona w świat. W tym właśnie czasie brat przyrodni mojego ojca, odwiedzający nas dawniej tylko mimochodem, zabawił u nas dłużej. Opuścił służbę na swym dworze, gdzie był czczony i wpływowy, dlatego tylko że nie wszystko szło po jego myśli. Rozum miał bystry, a charakter stanowczy i w tym był bardzo podobny do mojego ojca, tylko że ten miał przy tym pewien stopień giętkości, wskutek czego łatwiej mu przychodziło ustępować w interesach i nie czynić niczego wbrew swemu przekonaniu, lecz dopuszczać, a następnie urazę z tego powodu zgryźć albo w samym sobie, albo w poufnym kółku rodzinnym. Stryj mój był o wiele młodszy, a jego samodzielność krzepiła się niemało jego stosunkami zewnętrznymi. Miał bardzo bogatą matkę, a od jej bliskich i dalekich krewnych mógł się jeszcze spodziewać wielkiego majątku; nie potrzebował obcego zasiłku, kiedy mój ojciec z powodu swego miernego mienia był mocno związany ze służbą poprzez pensję.
Wskutek nieszczęścia domowego stryj stał się jeszcze bardziej niewzruszony. Przedwcześnie utracił ukochaną żonę i rokującego piękne nadzieje syna, a od tego czasu chciał, zdawało się, oddalić od siebie wszystko, co nie zależało od jego woli.
W rodzinie szeptano sobie przy sposobności do ucha z pewnym zadowoleniem, że prawdopodobnie nie ożeni się powtórnie i że my, dzieci, możemy się uważać za spadkobierców jego wielkiego majątku. Ja na to nie zważałam, ale postępowanie reszty rodzeństwa było w niemałym stopniu nastrojone według tych nadziei. Wobec siły swego charakteru przywykł on nikomu nie zaprzeczać w rozmowie, ale raczej opinię każdej osoby wysłuchiwał przyjaźnie, a nawet za pomocą dowodów i przykładów podnosił sposób, w jaki ktoś sobie pewną rzecz wyobrażał. Kto go nie znał, sądził, że zawsze ma takie samo zdanie jak on, przeważał w nim bowiem rozum i mógł się wczuć we wszelkie rodzaje myślenia. Ze mną nie szło mu tak szczęśliwie, gdyż tu mówiło się o uczuciach, o których on nie miał pojęcia, a jakkolwiek oględnie, współczująco i rozumnie mówił ze mną o moim usposobieniu, było przecież dla mnie rzeczą jasną, że najwyraźniej nic nie wiedział o tym, gdzie był powód wszystkich moich działań.
A chociaż poza tym był skryty, jednak po pewnym czasie cel jego niezwykłego przebywania u nas wyszedł na jaw. Upatrzył sobie, jak to wreszcie można było zauważyć, spośród nas najmłodszą siostrę, ażeby ją według swej myśli wydać za mą, i uczynić szczęśliwą; niewątpliwie przy swoich darach cielesnych i duchowych, zwłaszcza gdy jeszcze rzucony był na szalę znaczny majątek, mogła ona rościć sobie prawo do najpierwszych partii. Swoje zamiary względem mnie dał również poznać pantomimiczne, wystarawszy się dla mnie o miejsce kanoniczki, z którego niebawem pobierałam też dochody.
Moja siostra nie była zadowolona z jego starań i tak wdzięczna za nie jak ja. Odkryła mi swój stosunek serdeczny, który dotąd bardzo zręcznie taiła, lękała się bowiem, i rzeczywiście słusznie, żebym jej nie odradzała we wszelki możliwy sposób związku z człowiekiem, który nie był powinien się jej podobać. Robiłam, co tylko mogłam i powiodło mi się. Zamiary stryja były zbyt poważne i zbyt wyraźne, a widoki dla mojej siostry, ze względu na jej światowe usposobienie, zbyt powabne, aby nie miała w sobie dość siły, by się wyrzec skłonności, którą nawet jej rozum potępiał.