— Właśnie — odpowiedział tamten.
Wilhelm spojrzał na niego uważniej, a po pewnym milczeniu powiedział:
— Nie wiem, jaka zmiana nastąpiła w panu, wówczas uważałem pana za wiejskiego duchownego luterańskiego, a teraz wyglądasz mi pan raczej na katolickiego.
— Dziś przynajmniej pan się nie mylisz — odrzekł tamten, zdejmując kapelusz i odsłaniając tonsurę144. — Gdzież się podziało pańskie towarzystwo? Czy długo jeszcze z nim pozostawałeś?
— Dłużej niż należało; gdyż niestety, kiedy sobie przypominam chwilę, którą spędziłem z panem, to wydaje mi się, jakbym patrzył w nieskończoną pustkę; nic mi z tego nie pozostało.
— W tym się pan mylisz; wszystko, co nas spotyka, zostawia po sobie ślady; wszystko przyczynia się niepostrzeżenie do naszego wykształcenia, ale jest rzeczą niebezpieczną chcieć zdawać sobie z tego sprawę. Stajemy się przy tym albo dumni i opieszali, albo przybici i trwożni, a jedno jest równie jak drugie przeszkodą w postępie. Najpewniejsze zawsze bywa czynić to tylko, co nas najbliżej dotyczy, a tym jest obecnie — dodał, uśmiechając się — byśmy pośpieszyli zająć gdzieś kwaterę.
Wilhelm zapytał, jak daleko jeszcze do majątku Lothara. Tamten odpowiedział, że leży on za górą.
— Może spotkam tam pana — mówił dalej — mam tylko jeszcze coś niecoś do załatwienia w sąsiedztwie. Więc bywaj pan zdrów!
To powiedziawszy, poszedł stromą ścieżką, która widocznie miała go szybciej przeprowadzić przez górę.
— Tak, doprawdy, ma słuszność! — rzekł Wilhelm do siebie, jadąc dalej. — Trzeba myśleć o rzeczach najbliższych, a dla mnie nie ma pewnie obecnie nic bliższego niż spełnienie smutnego polecenia. Zobaczmy, czy mam jeszcze dobrze w pamięci mowę, która ma zawstydzić okrutnego przyjaciela.