Zaczął tedy deklamować sobie to dzieło sztuki; nie brakło mu ani jednej zgłoski, a im lepiej dopisywała mu pamięć, tym bardziej wzrastała jego namiętność i odwaga. Cierpienia i śmierć Aurelii żywo uprzytomniły mu się w duszy.
— Duchu mojej przyjaciółki — zawołał — ulatuj wokół mnie! A jeżeli możesz, daj mi znak, żeś się ukoił, żeś się pojednał!
Z takimi słowami i myślami przybył na szczyt góry, a na jej zboczu po drugiej stronie ujrzał cudaczną budowlę, którą zaraz wziął za mieszkanie Lothara. Pierwszą budowlą był, jak się zdaje, stary, nieregularny zamek z kilkoma wieżami i szczytami, ale jeszcze bardziej nieregularne były nowe przybudówki, które, wzniesione już to w pobliżu, już to w pewnym oddaleniu, łączyły się z głównym budynkiem za pomocą galerii i krytych chodników. Wszelka symetria zewnętrzna, wszelka powierzchowność architektoniczna była widocznie poświęcona wymaganiom wygody wewnętrznej. Nie było widać ani śladu wału lub rowu, podobnie jak kunsztownych ogrodów i wielkich alei. Ogród warzywny i owocowy wdzierał się aż pod domy, a małe użytkowe ogródki założono nawet w wolnych przestrzeniach między domami. W pewnej odległości leżała wesoła wioska; ogrody i pola wydawały się w jak najlepszym stanie.
Zatopiony we własnych namiętnych rozmyślaniach, Wilhelm jechał dalej, niewiele zastanawiając się nad tym, co widział; umieścił konia w oberży i nie bez wzruszenia pośpieszył do zamku.
Przy drzwiach przyjął go stary służący i objaśnił mu wielce dobrodusznie, że dziś chyba nie zobaczy się z panem, bo pan ma dużo listów do pisania i kazał już odprawić kilku ze swoich interesantów. Wilhelm stał się natarczywszy, stary musiał w końcu ustąpić i poszedł go zameldować. Wróciwszy, zaprowadził Wilhelma do dużej, starej sali. Tam prosił go, by miał cierpliwość, bo pan może jeszcze czas jakiś zamarudzi.
Wilhelm chodził niespokojnie w tę i z powrotem i rzucał okiem na rycerzy i damy, których stare wizerunki wisiały wokół na ścianach; powtarzał początek swej mowy i teraz dopiero wydała się ona zupełnie na miejscu wobec tych pancerzy i kołnierzy. Ilekroć posłyszał jakiś szmer, stawał w pozycji, by przeciwnika swego przyjąć z godnością, wręczyć mu naprzód list, a potem napaść go bronią zarzutów.
Kilka już razy się omylił i zaczął rzeczywiście doznawać przykrego, rozstrajającego uczucia, gdy wreszcie z bocznych drzwi wyszedł dorodny mężczyzna w butach i prostym surducie.
— Co mi pan dobrego przynosisz? — rzekł do Wilhelma przyjaznym głosem — przepraszam, że panu dałem czekać.
Mówiąc to, składał list, który trzymał w ręce. Wilhelm nie bez zakłopotania podał mu pismo Aurelii i rzekł:
— Przynoszę ostatnie słowa przyjaciółki, które odczytasz pan nie bez wzruszenia.