Lothar wziął list i wrócił natychmiast do pokoju, gdzie, jak Wilhelm doskonale mógł widzieć przez otwarte drzwi, naprzód zapieczętował i zaadresował kilka listów, a potem otworzył pismo Aurelii i czytał je. Zdawało się, że przeczytał je kilka razy, a Wilhelm, chociaż czuł, że patetyczna mowa jakoś nie bardzo pasuje do naturalnego przyjęcia, skupił się w sobie, zbliżył się do progu i chciał zacząć swą przemowę, gdy wtem otworzyły się tapetowe drzwiczki gabinetu i wszedł duchowny.
— Otrzymuję najdziwniejszą w świecie depeszę — zawołał do niego Lothar — daruj mi pan — mówił dalej, zwracając się do Wilhelma — że w tej chwili nie czuję się usposobiony do dalszej rozmowy z panem. Zostaniesz pan dziś na noc u nas! A ksiądz dobrodziej zechcesz się zająć naszym gościem, aby mu na niczym nie zbywało.
To mówiąc, skłonił się w stronę Wilhelma. Duchowny wziął naszego przyjaciela za rękę, a ten szedł za nim nie bez oporu.
W milczeniu przeszli dziwaczne ganki i przybyli do wcale ładnego pokoju. Ksiądz wprowadził Wilhelma i opuścił go bez żadnego usprawiedliwienia. Wkrótce potem zjawił się dziarski chłopak, który zameldował się Wilhelmowi jako jego służący i przyniósł mu wieczerzę, a usługując, opowiadał to i owo o porządku domowym, jak się tu zazwyczaj śniada, je obiad, pracuje się i bawi, zwłaszcza bardzo się rozwodził nad wysławianiem Lothara.
Chociaż chłopak był miły, Wilhelm starał się go niebawem odprawić. Pragnął być sam, gdyż w swoim położeniu czuł się nadzwyczaj zgnębiony i splątany. Robił sobie wyrzuty, że swój zamiar spełnił tak źle, że polecenie wykonał tylko w połowie. Już to postanawiał naprawić nazajutrz, co zaniedbał dzisiaj, już to spostrzegał, że obecność Lothara usposabiała go do całkiem innych uczuć. Dom, w którym się znajdował, wydawał mu się również tak dziwny, że nie umiał sobie poradzić w swoim położeniu. Chciał się rozebrać i otworzył tłumok; wraz z nocnym ubraniem wydobył także zasłonę ducha, którą zapakowała Mignon. Jej widok wzmógł jego smutny nastrój.
— Uciekaj, młodzieńcze, uciekaj! — zawołał. — Cóż ma znaczyć to tajemnicze słowo? Od czego uciekać? Dokąd uciekać? Daleko lepiej byłoby, gdyby duch zawołał był do mnie: „Wejdź w siebie samego!”
Rozglądał się po angielskich sztychach, wiszących w ramach na ścianie; obojętnie obejrzał większość, w końcu znalazł na jednym z nich przedstawiony okręt, który nieszczęśliwie osiada na mieliźnie; ojciec wraz z pięknymi córkami oczekuje śmierci od wdzierających się fal. Jedna z panien, zdawało się, była podobna do owej amazonki; naszego przyjaciela zdjęła niewymowna litość; poczuł nieodpartą potrzebę ulżenia swemu sercu; z oczu trysnęły mu łzy i nie mógł się uspokoić, aż sen go zmorzył.
Szczególne widzenia senne zjawiły mu się nad ranem. Znajdował się w ogrodzie, który często odwiedzał jako chłopiec i z przyjemnością patrzył znów na znane aleje, płoty i grzędy kwiatów; spotkała go Marianna; rozmawiał z nią mile i bez przypominania jakiegokolwiek minionego nieporozumienia. Zaraz potem przyszedł do nich jego ojciec w domowym ubraniu i z miną poufną, którą rzadko ukazywał, kazał synowi przynieść z domku ogrodniczego dwa krzesełka, wziął Mariannę za rękę i poprowadził ją do altany.
Wilhelm pośpieszył do salonu ogrodowego, ale zastał go zupełnie pustym, zobaczył tylko Aurelię stojącą przy przeciwległym oknie; poszedł przemówić do niej, ale się nie odwróciła i chociaż stanął obok niej, nie mógł dojrzeć jej twarzy. Wyjrzał oknem i zobaczył w jakimś obcym ogrodzie zgromadzonych wielu ludzi, z zaraz których niejednego poznał. Pani Melina siedziała pod drzewem i bawiła się trzymaną w ręce różą, Laertes stał przy niej i przekładał złoto z ręki do ręki. Mignon i Feliks leżeli na trawie, tamta na plecach, ten twarzą do ziemi. Wyszła Filina i klasnęła w ręce na dzieci; Mignon nie poruszyła się, Feliks skoczył i uciekł przed Filiną. Z początku śmiał się, biegnąc, gdy Filina go ścigała; potem krzyczał trwożliwie, kiedy harfiarz wielkimi, powolnymi krokami szedł za nim. Dziecko biegło wprost w stronę stawu; Wilhelm pośpieszył za nim, ale za późno, dziecko wpadło do wody! Wilhelm stał jak wrośnięty w ziemię. Wtem ujrzał piękną amazonkę po drugiej stronie stawu; wyciągnęła prawą rękę ku dziecku i szła brzegiem; dziecko przecięło wodę w prostym kierunku ku palcowi i szło za nią tak, jak szła ona; w końcu podała mu rękę i wyciągnęła ze stawu. Wilhelm tymczasem przybliżył się; dziecko wciąż płonęło i płonęło i opadały z niego ogniste krople. Wilhelm doznawał jeszcze większej troski, ale amazonka zdjęła szybko białą zasłonę z głowy i okryła nią dziecko. Ogień zagasł natychmiast. Kiedy zdjęła zasłonę, wyskoczyło spod niej dwu chłopców, którzy zaczęli razem się bawić, gdy Wilhelm ręka w rękę z amazonką szedł przez ogród i ujrzał w dali swego ojca i Mariannę przechadzających się po alei, która, zdawało się, otaczała cały ogród wysokimi drzewami. Skierował się ku nim i wraz ze swoją piękną towarzyszką poszedł w poprzek ogrodu, gdy wtem Fryderyk-blondyn zaszedł im drogę i zatrzymał ich głośnym śmiechem i rozmaitymi błazeństwami. Mimo to chcieli iść dalej; wówczas on odbiegł i podążył ku w stronę tamtej oddalonej pary; ojciec i Marianna, jak się zdawało, uciekali przed nim, on biegł tym szybciej, a Wilhelm ujrzał, jak tamci zniknęli w locie niemal przez aleję. Natura i przywiązanie wzywały go, by śpieszył im na pomoc, ale ręka amazonki go powstrzymała. Jakże chętnie dał się zatrzymać! Z takim mieszanym wrażeniem obudził się i zastał swój pokój już oświetlony jasnym słońcem.