Chłopak zaprosił Wilhelma na śniadanie, duchowny był już w sali; Lothar, jak mówiono, wyjechał; ksiądz nie był bardzo rozmowny i wydawał się zamyślony; zapytał o śmierć Aurelii i przysłuchiwał się ze współczuciem opowiadaniu Wilhelma.

— Ach — zawołał — kto uprzytomni sobie żywo, ile to nieskończonych działań dokonać musi natura i sztuka, zanim stanie przed nami człowiek wykształcony; kto sam, ile tylko może, bierze udział w wykształceniu swych współbraci, ten o mało w rozpacz nie wpadnie, widząc, jak często człowiek sam siebie zbrodniczo niszczy i jak często naraża się na to, by z winną czy bez winy zostać zniszczonym. Kiedy o tym pomyślę, samo życie wydaje mi się darem tak przypadkowym, iż skłonny byłbym chwalić każdego, kto nie ceni go wyżej niż trzeba.

Ledwie to wypowiedział, a drzwi odskoczyły gwałtownie i wpadła młoda panienka, odpychając starego sługę, który zastępował jej drogę. Poszła wprost do księdza i chwytając go za rękę, od płaczu i łkania ledwie mogła wypowiedzieć te parę słów:

— Gdzie on? Gdzieście go podziali? To okropna zdrada! Wyznajcie! Wiem, co się dzieje! Pójdę za nim! Chcę wiedzieć, gdzie on jest.

— Uspokój się, moje dziecię — rzekł ksiądz z przybranym spokojem — idź do swego pokoju, dowiesz się o wszystkim; tylko powinnaś słuchać, jeżeli ci mam opowiadać.

Podał jej rękę, żeby ją wyprowadzić.

— Nie pójdę do swego pokoju — zawołała — nienawidzę ścian, między którymi trzymacie mnie już od tak dawna w niewoli! A jednak dowiedziałam się o wszystkim; pułkownik go wyzwał, on wyjechał na spotkanie swego przeciwnika i może właśnie w tej chwili — parę razy zdawało mi się, że słyszę strzały. Każ pan zaprząc i jedź pan ze mną, albo napełnię dom, wieś całą swoim krzykiem.

W rzęsistych łzach pobiegła do okna; ksiądz wstrzymał ją i na próżno starał się ją ułagodzić.

Słychać było turkot powozu; rozwarła okno, wołając:

— Zabity! Oto go przywożą.