Poszli dalej, a po ogólnej rozmowie Teresa zapytała go:

— Czyś pan wolny?

— Za takiego się uważam — odparł — ale tego nie pragnę.

— Doskonale — powiedziała — to wskazuje jakiś skomplikowany romans i dowodzi mi, że pan masz coś do opowiedzenia.

Tak mówiąc, weszli na pagórek i rozłożyli się pod wielkim dębem, który cień swój rzucał szeroko naokół.

— Tu — rzekła Teresa — pod tym drzewem niemieckim opowiem panu historię niemieckiego dziewczęcia; słuchaj mnie pan cierpliwie.

Ojciec mój był zamożnym szlachcicem tej prowincji, człowiekiem pogodnym, czystym, aktywnym, dzielnym, czułym ojcem, wiernym przyjacielem, wyśmienitym gospodarzem, u którego jedną tylko znałam wadę, mianowicie był zbyt wyrozumiały dla kobiety, która nie umiała go cenić. Muszę to, niestety, powiedzieć o swej własnej matce! Jej natura była wprost przeciwna jego naturze. Była porywcza, niestała, bez zamiłowania dla domu i do mnie, swego jedynego dziecka, marnotrawna, ale piękna, dowcipna, pełna talentów, wzbudzała podziw w kółku, które potrafiła zebrać przy sobie. Wprawdzie jej towarzystwo nigdy nie było liczne albo też nie pozostawało takie długo. Kółko to składało się w większości z mężczyzn, gdyż żadna kobieta nie czuła się dobrze obok niej, a tym bardziej ona nie mogła znieść zalet jakiejkolwiek kobiety.

Pod względem wyglądu i usposobienia podobna byłam do ojca. Jak młoda kaczka szuka zaraz wody, tak od najwcześniejszej młodości moim żywiołem były kuchnia, spiżarnia, stodoły i strychy. Porządek i czystość w domu wydawały się, nawet kiedy się jeszcze bawiłam, moim jedynym instynktem, jedynym przedmiotem uwagi. Ojciec cieszył się tym i stopniowo przydzielał memu dziecinnemu popędowi odpowiednie zajęcia, matka natomiast nie lubiła mnie i nie ukrywała tego ani przez chwilę.

Podrastałam; z latami wzmagała się moja aktywność i miłość ojca do mnie. Kiedyśmy byli sami, chodziliśmy na pola; kiedy pomagałam mu w przeglądaniu rachunków, doskonale mogłam odczuć, jak był szczęśliwy. Gdy mu patrzyłam w oczy, to tak, jakbym spoglądała sama w siebie; to oczy bowiem czyniły mnie zupełnie do niego podobną. Ale w obecności mojej matki nie zachowywał tej odwagi, tej wyrazistości; usprawiedliwiał mnie słabo, kiedy mnie gwałtownie a niesprawiedliwie ganiła; ujmował się za mną, nie ażeby miał ochronić, ale żeby niejako uniewinnić moje dobre przymioty.

Nie stawiał też przeszkód żadnej z jej zachcianek; zaczęła okazywać największą namiętność do widowisk; zbudowano teatr; nie brakło mężczyzn wszelkiego wieku i postaci, którzy wraz z nią się występowali na scenie, natomiast często zbywało na kobietach. Lidia, dziewczyna zgrabna, wychowana razem ze mną, która już w pierwszej młodości zapowiadała się na powabną, musiała objąć drugie role, stara garderobiana przedstawiać matki i ciotki, podczas gdy moja matka zachowała dla siebie pierwsze kochanki, bohaterki i wszelakie pasterki.