Nie umiem panu powiedzieć, jak śmieszne wydawało mi się, gdy ludzie, których znałam bardzo dobrze, przebrali się, stanęli na podwyższeniu i chcieli być uważani za kogoś innego, niż byli naprawdę. Ja widziałam wciąż tylko matkę i Lidię, tylko tego barona i tamtego sekretarza, którzy ukazywali się jako książęta i hrabiowie, czy jako wieśniacy, i nie mogłam zrozumieć, jakim sposobem chcieli we mnie wmówić, żebym uwierzyła, że im jest dobrze albo źle, że są zakochani lub obojętni, skąpi lub hojni, gdy przeważnie dokładnie wiedziałam, że się rzecz ma zupełnie inaczej. Dlatego też bardzo rzadko pozostawałam wśród widzów, zapalałam im wciąż świece, bylebym tylko miała coś do roboty, przyrządzałam wieczerzę, a nazajutrz, kiedy jeszcze dobrze spali, porządkowałam ich garderobę, którą zazwyczaj zostawiali wieczorem złożoną w stosy.

Moja matka wydawała się całkiem zadowolona z tej troskliwości, ale przychylności jej nie mogłam pozyskać; pogardzała mną i pamiętam dziś jeszcze, jak nieraz powtarzała cierpko:

— Gdyby matka mogła być tak niepewna jak ojciec, to chyba tej dziewczyny nie wzięto by za moją córkę.

Nie przeczę, że jej postępowanie powoli całkiem mnie od niej oddaliło; patrzyłam na jej czynności jak na czynności osoby obcej, a ponieważ przywykłam sokolim wzrokiem obserwować czeladź — gdyż, mówiąc mimochodem, na tym polega właściwie zasada gospodarstwa — wpadły mi więc naturalnie w oko stosunki mojej matki i jej towarzystwa. Łatwo można było dostrzec, że nie na wszystkich mężczyzn patrzyła tymi samymi oczyma; zwróciłam baczniejszą uwagę i niebawem spostrzegłam, że Lidia była powiernicą i wśród tego towarzystwa sama się lepiej zaznajomiła z namiętnością, którą od pierwszej młodości tak często przedstawiała. Znałam wszystkie ich schadzki, ale milczałam i nic nie powiedziałam ojcu, bojąc się go zasmucić; w końcu jednak zostałam zmuszona. Niejednego nie mogły zrobić, nie przekupiwszy służących. Ci zaczęli mi się hardo stawiać, zaniedbywać rozporządzenia ojca i nie wykonywać moich rozkazów; powstałe stąd nieporządki były dla mnie nie do zniesienia, odkryłam wszystko, poskarżyłam się ojcu. Wysłuchał mnie bez wzruszenia.

— Kochane dziecko! — rzekł w końcu, uśmiechając się. — Wiem wszystko; bądź spokojna, znoś to cierpliwie, gdyż tylko dla ciebie tak cierpię.

Nie byłam spokojna, nie miałam cierpliwości. Po cichu łajałam ojca, gdyż nie sądziłam, aby z jakiegokolwiek powodu musiał znosić coś podobnego; nastawałam na porządek i byłam zdecydowana doprowadzić sprawę do ostateczności.

Matka moja była bogata, pochłaniała jednak więcej, niż należało, a to, jak zauważyłam, doprowadziło do pewnych wyjaśnień między moimi rodzicami. Nie na długo to skutkowało, aż namiętności mej matki same wywołały pewne rozwiązanie.

Pierwszy kochanek był rażąco niewierny; dom, okolica, stosunki, stały się jej wstrętne. Chciała przenieść się do innego majątku; tam było jej zanadto samotnie; chciała do miasta, tam nie miała dosyć znaczenia. Nie wiem, co zaszło wreszcie pomiędzy nią a ojcem; dość że pod warunkami, o których nie się dowiedziałam, postanowił zezwolić na podróż, jaką matka chciała odbyć do południowej Francji.

Byliśmy tedy wolni i żyliśmy jak w niebie; sądzę też, że ojciec mój nic nie stracił, jeżeli nawet od jej obecności wykupił się pokaźną sumą. Wszelka niepotrzebna hałastra została oddalona, a szczęście zdawało się sprzyjać naszym rozporządzeniom; mieliśmy kilka lat bardzo dobrych; wszystko szło według życzenia. Ale niestety, ten wesoły stan nie trwał długo; całkiem niespodziewanie ojciec mój tknięty został apopleksją147, która sparaliżowała mu prawy bok i odjęła swobodę w użyciu mowy. Wszystko trzeba było zgadywać, czego żądał, nigdy bowiem nie mógł wypowiedzieć słowa, które miał na myśli. Byliśmy więc bardzo niespokojni w niektórych chwilach, kiedy chciał być wyraźnie sam ze mną; gwałtownym gestem wskazywał, że wszyscy mają się oddalić, a skoro zostaliśmy sami, nie potrafił wydobyć z siebie odpowiedniego słowa. Jego niecierpliwość wzmagała się do ostateczności, a jego stan zasmucał mnie do głębi serca. Tego tylko byłam pewna, że ma mi do zwierzenia coś, co mnie szczególnie dotyczy. Tak pragnęłam, by się o tym dowiedzieć. Dawniej mogłam mu wszystko wyczytać z oczu, ale teraz było to niemożliwe. Nawet jego oczy już nie mówiły. Tyle tylko było dla mnie jasne: niczego nie chciał, niczego nie pragnął, starał się jedynie odkryć mi coś, czego się niestety nie dowiedziałam. Atak się powtórzył; ojciec stał się wkrótce potem zupełnie bezwładny i nieprzytomny, a niebawem umarł.

Nie wiem, skąd przyszło mi do głowy, że ojciec ukrył gdzieś skarb, który po swej śmierci wolał przekazać mnie niż mojej matce; jeszcze za jego życia robiłam poszukiwania, ale nic nie znalazłam, po jego śmierci wszystko zostało opieczętowane. Napisałam do matki, proponując, że zostanę w domu jako zarządczyni, ona to odrzuciła i musiałam opuścić majątek. Wyszedł na jaw obustronny testament, mocą którego ona weszła w posiadanie i używanie wszystkiego, a ja pozostałam od niej zależna przez całe jej życie. Teraz dopiero zdawało mi się, iż zrozumiałam skinienia ojca; żałowałam go, iż był tak słaby, że nawet po swej śmierci musiał być względem mnie niesprawiedliwy. Niektórzy bowiem z moich przyjaciół utrzymywali nawet, że lepiej niemal byłoby, gdyby mnie wydziedziczył, i żądali, żebym zaskarżyła testament, na co jednak nie mogłam się zdecydować. Zanadto czciłam pamięć swego ojca; ufałam losowi, ufałam sobie samej.