— Posłuchajmy — mówił Jarno — jak to się odbyło. Nadzwyczaj jestem ciekawy.

— Nie przeczę — odrzekł Lothar — że ta przygoda leżała na sercu mi więcej niż wypadało; postanowiłem więc pojechać tam raz jeszcze i zobaczyć rzeczywiście osobę, której odmłodzony obraz dał mi tak miłe złudzenie. W pewnej odległości od domu zsiadłem i kazałem prowadzić konie brzegiem, aby nie przeszkadzać dzieciom bawiącym się przed bramą. Wszedłem do domu i przypadkiem wyszła naprzeciw mnie ona, gdyż była to ona sama, a poznałem ją zaraz pomimo wielkiej zmiany. Zmężniała i wydawała się wyższa; wdzięk jej przebijał się poprzez stateczność, a jej rześkość przeszła w spokojną rozwagę. Głowa, którą dawniej nosiła tak lekko i swobodnie, była nieco nachylona, a na jej czole rysowały się drobne zmarszczki. Kiedy mnie zobaczyła, spuściła oczy, ale żaden rumieniec nie świadczył o wewnętrznym poruszeniu serca. Podałem jej rękę, dała mi swoją; zapytałem ją o męża; był nieobecny, o dzieci, podeszła do drzwi i przywołała je: wszystkie nadeszły i zebrały się wokół niej. Nie ma nic powabniejszego niż widok matki z dzieckiem w objęciach, a nic czcigodniejszego niż matka wśród wielu dzieci. Zapytałem o imiona małych, aby coś powiedzieć; poprosiła, żebym wszedł do środka i zaczekał na jej ojca. Zgodziłem się; zaprowadziła mnie do izby, w której prawie wszystko zastałem jeszcze na dawnym miejscu i — rzecz szczególna! — piękna siostra cioteczna, jej wizerunek, siedziała tak samo na stołku za kołowrotkiem, gdzie tak często zastawałem moją ukochaną w tej samej postawie. Mała dziewczynka, zupełnie podobna do swej matki, przyszła za nami i tak stałem w najdziwniejszej teraźniejszości, pomiędzy przeszłością a przyszłością, jakby w lasku pomarańczowym, gdzie na szczupłym obszarze żyją ustopniowane obok siebie kwiaty i owoce. Cioteczna wyszła, by przynieść coś do orzeźwienia; podałem rękę istocie, którą niegdyś tak kochałem, i rzekłem do niej:

— Bardzo się cieszę, że znowu cię widzę.

— Jesteś pan bardzo dobry, mówiąc tak do mnie — odpowiedziała — ale i ja mogę pana zapewnić, że doznaję niewypowiedzianej radości. Jakże często pragnęłam raz jeszcze w życiu ujrzeć pana, pragnęłam tego w chwilach, które uważałam za swoje ostatnie.

Mówiła to głosem pewnym, bez wzruszenia, z tą naturalnością, która mnie niegdyś tak mocno w niej zachwycała. Cioteczna wróciła, przybył ojciec — i pozostawiam wam domyślać się, z jakim uczuciem tam bawiłem i z jakim oddaliłem się.

Rozdział ósmy

Wilhelm w drodze do miasta myślał o szlachetnych istotach kobiecych, które znał i o których słyszał; ich dziwne losy, niewiele zawierające w sobie pocieszającego, dotykały go obecnie boleśnie.

— Ach! — zawołał. — Biedna Marianno! Czegóż jeszcze będę się musiał o tobie dowiedzieć? A ciebie, wspaniała amazonko, szlachetny duchu opiekuńczy, któremu tyle winienem, którego mam nadzieję spotkać spodziewam, a którego niestety, nie znajduję nigdzie, w jakichże smutnych okolicznościach zastanę cię może, jeżeli znów kiedyś pojawisz się na mej drodze!

W mieście nikogo ze znajomych nie było w domu; pośpieszył do teatru; sądził, że znajdzie ich na próbie; wszędzie było cicho; budynek wydawał się pusty, zobaczył jednak otwartą okiennicę. Wszedł na scenę i zastał dawną służącą Aurelii zajętą zszywaniem płótna do jakiejś nowej dekoracji; wpadało światła tyle tylko, ile było koniecznie potrzeba, by przyświecać jej pracy.

Feliks i Mignon siedzieli przy niej na ziemi; trzymali książkę, a kiedy Mignon czytała, Feliks powtarzał za nią wszystkie słowa, jak gdyby znał litery, jak gdyby także umiał czytać.