Na wszystko, co święte, na wszystko, co może wzruszyć serce ludzkie, zaklinam Cię! Tu chodzi o duszę, tu chodzi o życie, o dwa życia, z których jedno wiecznie drogim Ci być musi. Twoja podejrzliwość nie uwierzy i temu, a jednak wypowiem to i w godzinę śmierci: dziecię, które noszę pod sercem, jest Twoje. Odkąd Cię kocham, nikt inny nawet nie uścisnął mi dłoni. O, gdyby to Twoja miłość, Twoja uczciwość były towarzyszkami mojej młodości!
*
Nie chcesz mnie wysłuchać? Muszę więc wreszcie zamilknąć, ale te kartki nie zginą, może będą mogły przemówić do Ciebie wówczas, kiedy moje usta przykryje całun i kiedy głos Twego żalu nie dosięgnie już mego ucha. W ciągu smutnego mego życia aż do chwili ostatniej jedyną moją pociechą będzie to, że względem Ciebie byłam bez winy, chociażbym nie mogła nazwać się niewinną.
Wilhelm nie mógł czytać dalej; oddał się całkiem bólowi, ale doznał jeszcze większego udręczenia, gdy wszedł Laertes, przed którym starał się ukryć swoje wzruszenie. Ten wyjął sakiewkę z dukatami, liczył i rachował, i zapewniał Wilhelma, że nie ma nic piękniejszego na świecie, jak kiedy się jest właśnie na drodze do wzbogacenia się, że wówczas nic nam nie może przeszkadzać, ani nas wstrzymać. Wilhelm przypomniał sobie swój sen i uśmiechnął się, lecz zarazem pomyślał też ze wzdrygnięciem, że w tym widzeniu sennym Marianna go opuściła, aby pójść za jego zmarłym ojcem i że oboje w końcu poruszali się jak duchy, unosząc się nad ogrodem.
Laertes wyrwał go z zamyślenia i zaprowadził do kawiarni, gdzie zaraz zebrało się wokół niego kilka osób, które dawniej lubiły widywać go na scenie; cieszyli się jego obecnością, ale żałowali, że chciał, jak słyszeli, opuścić teatr; mówili tak jasno i rozumnie o nim i o jego grze, o stopniu jego talentu, o tym, czego się po nim spodziewali, że Wilhelm nie bez wzruszenia zawołał wreszcie:
— O, jak nieskończenie cenne dla mnie byłoby to zrozumienie przed paroma miesiącami! Jak pouczające i jak radosne! Nigdy nie odwróciłbym się tak całkowicie od sceny i nigdy nie zaszedłbym tak daleko, żeby zwątpić o publiczności.
— Tak daleko nie powinno się w ogóle zachodzić — rzekł jakiś starszy człowiek, występując naprzód. — Publiczność jest wielka, prawdziwy rozsądek i prawdziwe uczucie nie są tak rzadkie, jak się myśli, tylko artysta nigdy nie powinien wymagać bezwarunkowego oklasku za to, co tworzy, gdyż bezwarunkowy właśnie wart najmniej, a warunkowego ci panowie nie bardzo lubią. Dobrze wiem, w życiu jak i w sztuce trzeba siebie słuchać, jeśli się chce coś zrobić i stworzyć, ale kiedy to już jest zrobione i wykończone, to należy uważnie przysłuchiwać się wielu, a przy pewnej wprawie, można sobie rychło z tych wielu głosów złożyć sąd całkowity; ci bowiem, którzy by nam mogli oszczędzić tego trudu, w większości dość są milczący.
— Nie powinni — rzekł Wilhelm. — Często słyszałem, że ludzie, którzy sami milczeli o dobrych dziełach, skarżyli się i żałowali, że zachowywano milczenie.
— To bądźmy dzisiaj głośni — zawołał jakiś młodzieniec. — Niech pan zje z nami obiad, a my powetujemy wszystko, w czym się zadłużyliśmy u pana, a nieraz i dobrej Aurelii.
Wilhelm wymówił się od zaproszenia i udał się do pani Melina, z którą chciał pomówić o dzieciach, mając zamiar je od niej odebrać.