Rozpostarł znowu bilet i przy znikającym świetle dnia zdawało mu się znowu, że poznaje pismo hrabiny; jego oczy nie chciały w szczegółach odnaleźć tego, co serce w całości powiedziało mu od razu.
— I oto ciągną cię te konie ku jakiejś straszliwej scenie! Kto wie, czy za kilka godzin nie będą cię znów odwozić? I obyś tylko zastał ją tam samą! Ale może obecny jest jej małżonek, może baronowa! Jak bardzo zmienione je zastanę? Czy będę mógł ustać przed nią na nogach?
Przez te ponure wyobrażenia ledwie mogła niekiedy przeświecać słaba nadzieja, że idzie na spotkanie swojej amazonki. Nastała noc; powóz wtoczył się z turkotem na jakieś podwórze i stanął; ze wspaniałego przedsionka wyszedł z służący woskową pochodnią i po szerokich stopniach zbliżył się do powozu.
— Jesteś pan od dawna oczekiwany — rzekł, podejmując fartuch.
Wilhelm wysiadł, wziął śpiącego Feliksa w ramiona, a pierwszy służący przywołał drugiego, który ze świecą stał we drzwiach.
— Zaprowadź pana zaraz do baronowej.
Jak błyskawica przerżnęła duszę Wilhelma myśl:
„Co za szczęście! Naumyślnie, czy przypadkowo, baronowa jest tutaj! Mam ją najpierw zobaczyć! Prawdopodobnie hrabina już śpi! Wy, dobre duchy, pomóżcie, by chwila największego zakłopotania jako tako minęła!”
Wszedł do domu i znalazł się w miejscu najpoważniejszym, a według swego uczucia najświętszym, do jakiego kiedykolwiek wchodził. Wisząca, jaskrawo płonąca latarnia oświetlała szerokie, łagodne schody, które znajdowały się naprzeciw niego, a w górze przy zwrocie dzieliły się na dwie części. Posągi i popiersia marmurowe stały rzędem na piedestałach lub w niszach; niektóre wydały mu się znane. Wrażenia młodociane nie wygasają w najdrobniejszej nawet swej cząstce. Poznał Muzę, która należała do jego dziadka, nie po jej kształcie wprawdzie i jej wartości, ale po odrestaurowanym ramieniu i po nowo dorobionych kawałkach ubrania. Zdało mu się, że żyje życiem baśni.
Dziecko zaciężyło mu; zatrzymał się na stopniach i przykląkł, jakby je chciał dogodniej objąć. Właściwie jednak potrzebował chwilowego odpoczynku. Ledwie mógł się potem podnieść. Służący ze światłem chciał wziąć od niego dziecko, ale on nie mógł go puścić od siebie. Następnie wszedł do przedpokoju i ku swemu jeszcze większemu zdziwieniu spostrzegł na ścianie dobrze sobie znany obraz chorego królewicza. Zaledwie miał czas rzucić na niego spojrzenie, gdy służący ponaglił go i poprowadził przez parę pokojów do gabinetu. Tam, za rzucającą cień umbrelką152, siedziała jakaś kobieta i czytała.