— O, gdyby to była ona! — rzekł do siebie w tej stanowczej chwili.
Położył na ziemię dziecko, które zdawało się budzić, i zamierzał zbliżyć się do damy, ale zaspane dziecko przewróciło się, kobieta wstała i wyszła na spotkanie. Była to amazonka! Wilhelm nie mógł się powstrzymać, rzucił się na kolana i zawołał:
— To ona!
Uchwycił jej rękę i całował ją z nieopisanym zachwytem. Dziecko leżało pomiędzy nimi obojgiem na dywanie i spało spokojnie. Przeniesiono je na kanapę; Natalia usiadła przy nim, każąc Wilhelmowi zająć krzesło, które stało tuż obok. Częstowała go ochładzającymi rzeczami, ale on za nie podziękował, zajęty tym tylko, by się upewnić, że to ona, i przypatrzyć znowu dokładnie i na pewno rozpoznać jej rysy ocienione umbrelką. Opowiadała w ogólności o chorobie Mignony, że dziewczynka trawiona jest z wolna pewnymi głębokimi wzruszeniami, że przy swej wielkiej drażliwości, którą skrywa, często cierpi gwałtownie i niebezpiecznie na kurcz swego biednego serca, że ten pierwszy organ życia przy niespodzianych wzburzeniach umysłu niekiedy zatrzymuje się nagle tak, że nie można odczuć ani śladu zbawiennego ruchu życia w piersi dobrego dziecięcia. Kiedy ten bolesny kurcz minie, siła natury objawia się na powrót w gwałtownym tętnie i trapi dziecko nadmiarem, jak poprzednio cierpiało z powodu braku.
Wilhelm przypomniał sobie jedną taką scenę kurczu, a Natalia odwołała się do lekarza, który miał mu obszerniej powiedzieć o tej sprawie i wyłożyć powód, dlaczego obecnie przywołano przyjaciela i dobroczyńcę dziecka.
— Zobaczysz pan w niej szczególną zmianę — mówiła dalej Natalia — chodzi teraz w kobiecym ubraniu, do którego niegdyś zdawała się mieć tak wielki wstręt.
— Jakim sposobem pani tego dokonałaś? — zapytał Wilhelm.
— Chociaż było to rzeczą upragnioną, zawdzięczam to przecież jedynie przypadkowi. Posłuchaj pan, jak się to stało. Wiesz pan może, iż mam wciąż wokół siebie pewną liczbę młodych dziewcząt, których usposobienia, gdy przy mnie wzrastają, pragnę ukształcić ku dobru i słuszności. Z moich ust słyszą tylko to, co ja sama uważam za prawdę, ale nie mogę i nie chcę przeszkadzać, żeby się nie dowiedziały od innych czegoś, co w świecie jest rozpowszechnione jako błąd, jako przesąd. Jeżeli mnie o to pytają, to staram się, o ile to możliwe, te obce niestosowne pojęcia powiązać jakimś sposobem ze słusznymi, ażeby je przez to uczynić, jeżeli nie pożytecznymi, to przynajmniej nieszkodliwymi. Już od pewnego czasu moje dziewczynki nasłuchały się z ust chłopskich dzieci o aniołach, o parobku Ruprechcie153, o dzieciątku Jezus, którzy w pewnych czasach ukazują się osobiście, by dobre dzieci obdarowywać, a niegrzeczne karać. Miały one niejakie podejrzenie, że to muszą być osoby przebrane, w czym je też utwierdzałam i nie wdając się w długie wyjaśnienia, postanowiłam wyprawić im przy pierwszej sposobności takie widowisko. Zdarzyło się właśnie, że się zbliżały urodziny sióstr-bliźniąt, które się zawsze dobrze sprawowały; obiecałam, że tym razem anioł przyniesie im małe podarki, na które tak bardzo zasłużyły. Z nadzwyczajnym natężeniem oczekiwały tego zjawienia się. Do tej roli wybrałam sobie Mignon; w wyznaczonym dniu została przyzwoicie ubrana w długą, lekką, białą suknię. Nie obeszło się bez złotego pasa wokół kibici i podobnego diademu we włosach. Z początku chciałam pominąć skrzydła, ale kobiety, które ją stroiły, nastawały na parę wielkich złotych skrzydeł, w których bardzo pragnęły okazać swą sztukę. Tak tedy z lilią w jednej ręce, a z koszyczkiem w drugiej wkroczyło to cudowne zjawisko między dziewczynki i zdziwiło nawet mnie samą.
— Oto nadchodzi anioł! — rzekłam.
Dzieci wszystkie jakby się cofnęły; w końcu zawołały: