Wilhelm mógł sobie teraz wyjaśnić niejedną pieśń, niejedno słowo tego dobrego dziecięcia. Prosił swego przyjaciela jak najusilniej, by nie ukrywał przed nim niczego, czego się dowiedział o dziwnych śpiewach i zwierzeniach tej wyjątkowej istoty.
— O — rzekł lekarz — przygotuj się pan na szczególne zwierzenia, na historię, w której pan, nie pamiętając o tym, brałeś znaczny udział, a która, jak się obawiam, zdecydowała o śmierci i życiu tego dobrego stworzenia.
— Niechże pan powie — odparł Wilhelm — jestem nadzwyczaj niecierpliwy.
— Czy przypominasz sobie — rzekł lekarz — tajemne, nocne, kobiece odwiedziny po przedstawieniu Hamleta?
— Tak jest, doskonale je sobie przypominam! — zawołał Wilhelm zawstydzony — ale nie sądziłem, żeby w tej chwili trzeba było mi o nich przypominać.
— Wiesz pan, kto to był?
— Nie! Przerażasz mnie pan! Na miłość boską, przecież nie Mignon? Kto to był? Powiedz mi pan.
— Ja sam nie wiem.
— A więc nie Mignon?
— Nie, z pewnością nie! Ale Mignon zamierzała zakraść się do pana i musiała ze swego kąta widzieć ze zgrozą, że jakaś rywalka ją uprzedziła.