Cudzoziemca wzruszyło, że tak piękne posiadłości zastał znowu bez posiadacza, i ucieszyło, że słyszał, jak z doskonałej pozostałości przemawia duch jego przyjaciela. Rozpatrzyli razem rozmaite dzieła i znajdowali wielką przyjemność w tym, iż mogli się wzajemnie rozumieć. Mówili głównie markiz i ksiądz; Natalia, czując się znowu przeniesiona do towarzystwa stryja, bardzo dobrze się orientowała w ich zdaniach i sposobach myślenia; Wilhelm musiał sobie przekładać na terminologię teatralną, jeśli chciał coś z tego zrozumieć. Z trudem powstrzymywano żarty Fryderyka. Jarno rzadko bywał obecny.
Kiedy rozprawiano o tym, że doskonale dzieła sztuki są tak rzadkie w czasach nowożytnych, markiz rzekł:
— Niełatwo to pomyśleć i zgadnąć, co powinny zrobić okoliczności dla artysty, a potem przy największym geniuszu, przy najwyraźniejszym talencie są wciąż jeszcze nieskończone wymagania, jakie sam sobie musi postawić, niewypowiedziana pilność potrzebna do jego wykształcenia. Otóż jeżeli okoliczności mało robią dla niego, jeśli spostrzega, że świat daje się łatwo zadowolić i pragnie tylko lekkiego, miłego, przyjemnego pozoru, to byłoby zaskakujące, gdyby wygoda i miłość własna nie zatrzymywały go przy mierności; dziwne byłoby, gdyby zamiast zgarniać pieniądze i pochwały za modne towary wolał obrać właściwą drogę, która prowadzi mniej więcej do bolesnego męczeństwa. Dlatego artyści naszych czasów wciąż tylko oferują, aby nic nigdy nie dać. Chcą wciąż drażnić, by nigdy nie zaspokoić; wszystko jest tylko sugestią, a nigdzie się nie znajduje podstawy i wykończenia. Ale kiedy się choć chwilę spokojnie pobędzie na wystawie i zauważy, do jakich to dzieł sztuki garnie się ciżba, jakie bywają wychwalane, a jakie lekceważone, to mało ma się zadowolenia z teraźniejszości, a na przyszłość mało nadziei.
— Tak jest — powiedział ksiądz — i tym sposobem urabiają się wzajemnie amatorzy i artyści; amator szuka tylko ogólnego, nieokreślonego napawania się; dzieło sztuki ma mu niemal tak wygadzać, jak dzieło natury, a ludzie mniemają, że organy do używania dzieła sztuki tak się same przez się kształcą, jak język i podniebienie, że o dziele sztuki sądzi się tak, jak o jakiejś potrawie. Nie pojmują, jak odmiennej kultury potrzeba do tego, by się wznieść do prawdziwego rozkoszowania się sztuką. Za rzecz najtrudniejszą uważam to pewne oczyszczanie się, jakiego człowiek powinien dokonać w sobie samym, jeżeli się chce istotnie ukształcić; z tego powodu znajdujemy tak wiele ukształceń jednostronnych, z których jednak każde rości sobie pretensję do wydawania doraźnego sądu o całości.
— Nie bardzo dla mnie jasne, co pan mówisz — rzekł Jarno, który właśnie wszedł.
— Trudno też — odparł ksiądz — dokładnie to wyjaśnić w skrócie. Tyle tylko powiem: jeżeli człowiek rości sobie prawo do do różnorodnych czynności i różnorodnych przyjemności, to musi być także zdolny do wykształcenia w sobie różnorodnych organów, jakby niezależnych od siebie. Kto chce wszystko w ogóle i każde z osobna w całym człowieczeństwie swoim czynić i nim się nasycać, kto chce wszystko poza sobą złączyć do takiego nasycania się, ten spędzi swój czas jedynie na wiecznym niezaspokojonym dążeniu. Jak trudno, co się wydaje tak naturalne, oglądać dobry posąg, wyborny sam w sobie obraz, słuchać śpiewu dla śpiewu, podziwiać aktora w aktorze, radować się budynkiem dla jego własnej harmonii i trwałości! A tymczasem widzi się, że w większości ludzie tak sobie traktują rzetelne dzieła sztuki, jakby to była miękka glina. Według ich upodobań, mniemań i zachcianek ma się ukształtowany marmur natychmiast przekształcić, mocno wybudowany budynek rozszerzyć lub skurczyć, obraz ma nauczać, dramat poprawiać, wszystko ma się stać wszystkim. Właściwie jednak, ponieważ większość ludzi sama jest bezkształtna, ponieważ sobie i swojej istocie nie może sama nadać postaci, usiłują tedy odjąć przedmiotom ich postać, żeby się wszystko stało sypką i miałką materią, do której i ci ludzie należą. Redukują w końcu wszystko do tak zwanego efektu; wszystko jest względne i tak też wszystko staje się względne prócz niedorzeczności i płytkości, które też panują bezwzględnie.
— Rozumiem pana — odrzekł Jarno — a raczej pojmuję, iż to, co pan mówisz, ma związek z zasadami, których się pan tak mocno trzymasz, ale niepodobna mi brać tego tak ściśle w stosunku do tych poczciwych biedaków, do ludzi. Znam naturalnie dosyć takich, którzy wobec największych dzieł sztuki i natury zaraz sobie przypominają swe najbliższe potrzeby, którzy biorą swe sumienie i swoją moralność z sobą na operę, którzy swych miłości i nienawiści nie składają przed kolumnadą i którzy najlepsze i najwznioślejsze rzeczy, jakie im z zewnątrz mogą być nasunięte, muszą przede wszystkim jak najbardziej zmniejszyć w swoim sposobie wyobrażenia, aby móc jako tako złączyć je ze swą lichą istotą.
Rozdział ósmy
Wieczorem ksiądz zaprosił na egzekwie Mignon. Towarzystwo udało się do sali przeszłości i zastało ją oświetloną i przybraną w najosobliwszy sposób. Ściany zostały okryte prawie od góry do do dołu błękitnymi kobiercami tak, że widać było tylko fryz i cokół. W czterech kandelabrach po rogach paliły się wielkie woskowe pochodnie; podobnie w odpowiednim stosunku w czterech mniejszych okalających sarkofag. Przy nim stało czterech chłopców, ubranych na błękitno ze srebrnym, i szerokimi wachlarzami ze strusich piór jakby nawiewało powietrze na postać spoczywającą na sarkofagu.
Towarzystwo usiadło, a dwa niewidzialne chóry zaczęły pytać we wdzięcznym śpiewie: