Kiedy wszystko było urządzone, hrabia rzekł do Jarna:
— Pomóż mi pan wpaść na trop młodzieńca, którego nazywasz pan Meistrem, a który ma być Niemcem.
Jarno milczał, bowiem bardzo dobrze wiedział, iż hrabia był jednym z tych ludzi, którzy pytając, chcą właściwie pouczać; istotnie, ten, nie czekając odpowiedzi, ciągnął dalej:
— Przedstawiłeś mi go pan wówczas i poleciłeś jak najlepiej w imieniu królewicza. Jeżeli nawet jego matka była Niemką, to obstaję przy tym, iż jego ojciec jest Anglikiem, i to wyższego rodu; któż by zdołał policzyć wszystką krew angielską, jaka od trzydziestu lat płynie w żyłach niemieckich? Nie będę na to dłużej naciskał; zawsze macie takie rodzinne sekrety, ale ja w takich wypadkach nie dam się wywieść w pole.
Opowiadał następnie jeszcze różne rzeczy o tym, co wówczas miało się przydarzyć Wilhelmowi w jego zamku; na co Jarno również milczał, chociaż hrabia był zupełnie w błędzie i nieraz mieszał Wilhelma z pewnym młodym Anglikiem z orszaku księcia następcy. Dobry pan miał dawniej doskonałą pamięć i do tej pory był dumny z tego, iż może sobie przypomnieć najdrobniejsze zdarzenia swojej młodości; teraz jednak z równą pewnością podawał za prawdziwe dziwaczne kombinacje i bajki, jakie mu wobec coraz słabszej pamięci nasunęła kiedykolwiek wyobraźnia. Poza tym stał się bardzo łagodny i uprzejmy, a jego obecność miała bardzo korzystny wpływ na towarzystwo. Żądał, żeby czytano razem coś pożytecznego, nawet urządzał niekiedy małe gry, w których, jeśli nie był uczestnikiem, to wielce gorliwym kierownikiem, a kiedy dziwiono się jego pobłażliwości, odpowiadał, że obowiązkiem każdego, kto dystansuje się od świata w rzeczach zasadniczych, jest tym bardziej stawać z nim na równi w rzeczach obojętnych.
W czasie tych gier Wilhelm przeżywał niejedną chwilę niepokoju i przykrości; lekkomyślny Fryderyk wykorzystywał tę czy inną sposobność, by uwydatnić skłonność Wilhelma do Natalii. Skąd mu to przyszło do głowy? Jakie miał do tego prawo? A czyż towarzystwo, widząc, że obaj bardzo często ze sobą przestają, nie mogło sobie pomyśleć, że Wilhelm zrobił przed nim tak nieopatrzne i nieszczęsne zwierzenie?
Pewnego dnia przy podobnej igraszce byli weselsi niż zazwyczaj, kiedy nagle przez gwałtownie pchnięte drzwi wpadł Augustyn; twarz miał bladą, oczy dzikie; zdawało się, że chce mówić, głos odmówił mu posłuszeństwa. Towarzystwo przeraziło się; Lother i Jarno, podejrzewając powrót obłąkania, skoczyli do niego i mocno trzymali. Jąkając się, głucho, potem gwałtownie i donośnie mówił i krzyczał:
— Nie mnie trzymajcie, śpieszcie, pomagajcie, ratujcie dziecko! Feliks otruty!
Puścili go. Wybiegł drzwiami, a przerażone towarzystwo ruszyło się za nim. Posłano po lekarza; Augustyn skierował swoje kroki do pokoju księdza. Znaleźli dziecko, które się wydawało przestraszone i zakłopotane, kiedy zawołali do niego z daleka:
— Coś ty zrobił?