— To dosyć dziwne! — zawołała Filina.

Pytano ją jeszcze o to i owo; odpowiadała łamaną niemczyzną i dziwnie uroczystym tonem, przy czym zawsze przykładała ręce do piersi i głowy i pochylała się głęboko.

Wilhelm nie mógł się jej napatrzyć. Jego oczy i serce przyciągał niepowstrzymanie tajemniczy stan tej istoty. Szacował, że ma dwanaście do trzynastu lat; ciało miała dobrze zbudowane, tylko jej członki wskazywały na silniejszy wzrost, albo też wskazywały, że został wstrzymany. Rysy jej nie były regularne, ale uderzające, czoło miała tajemnicze, nos nadzwyczaj piękny, a usta, chociaż wydawały się zanadto zamknięte jak na jej wiek i chociaż niekiedy wykrzywiała wargi w jedną stronę, zawsze jeszcze były szczere i dosyć powabne. Ciemnawy kolor jej twarzy ledwie dawał się rozpoznać pod makijażem. Postać ta wyryła się w duszy Wilhelma bardzo głęboko; patrzył wciąż na nią, milczał i pogrążony w myślach zapomniał o obecnych. Filina obudziła go z tego półsnu, wręczając dziecku trochę pozostałych cukierków i dając znak, żeby się oddaliło. Dziewczynka złożyła ukłon i jak błyskawica pomknęła do drzwi.

Kiedy nadszedł już czas, że nasi nowi znajomi mieli się rozstać wieczorem, umówili się o przejażdżkę nazajutrz. Chcieli znowu zjeść obiad w innym miejscu, w pobliskiej leśniczówce. Wilhelm tego wieczoru powiedział jeszcze wiele na pochwałę Filiny, ale Laertes zbywał go krótko i lekko.

Na drugi dzień, odbywszy znowu przez godzinę ćwiczenia szermierskie, poszli do gospody Filiny, przed którym ujrzeli już zajeżdżający zamówiony powóz. Ale jakże Wilhelm się zdziwił, gdy powóz znikł, a jeszcze bardziej, gdy Filiny nie zastali w domu.

— Z kilkoma obcymi, którzy przybyli dziś rano — opowiadano — wsiadła do powozu i odjechała.

Przyjaciel nasz, który w jej towarzystwie obiecywał sobie przyjemną zabawę, nie mógł ukryć doznanej przykrości. Laertes, przeciwnie, zaśmiał się i zawołał:

— Taką ją lubię! To do niej podobne! Chodźmy no tylko prosto do leśniczówki; niech sobie będzie gdzie chce, nie porzucimy z jej powodu naszej przechadzki.

Kiedy po drodze Wilhelm nie przestawał ganić tej niekonsekwencji postępowania, Laertes rzekł:

— Nie mogę nazwać tego niekonsekwencją, jeśli ktoś pozostaje wierny swemu charakterowi. Kiedy ona czegoś się podejmuje lub coś komuś przyrzeka, to zawsze pod przemilczanym warunkiem, że będzie jej dogodnie wykonać zamiar lub dotrzymać przyrzeczenia. Chętnie daje podarki, ale trzeba być przygotowanym na odwzajemnienie się jej w ten sam sposób.