— To dziwny charakter — zauważył Wilhelm.

— Wcale nie dziwny, tylko nie jest obłudna. Dlatego ją lubię, owszem jestem jej przyjacielem, że tak czysto przedstawia mi płeć, dla której mam wiele powodów, by ją nienawidzić. Jest dla mnie prawdziwą Ewą, pra... pra... babką płci niewieściej; takie są wszystkie, tylko nie chcą, żeby im to mówiono.

Prowadząc rozmowę, w której Laertes bardzo żywo wypowiadał swą nienawiść do płci żeńskiej, nie podając jednak przyczyny, weszli w las, dokąd Wilhelm wkroczył bardzo rozstrojony, gdyż słowa Laertesa ożywiły w nim na nowo wspomnienia o związku z Marianną.

Niedaleko ocienionego źródła, pod wspaniałymi starymi drzewami zastali Filinę siedzącą samotnie przy kamiennym stole. Na spotkanie zaśpiewała im wesołą piosenkę, a gdy Laertes zapytał ją o towarzyszy, zawołała:

— Pięknie ich wyprowadziłam w pole; zadrwiłam z nich, jak na to zasługiwali. Już w drodze wystawiłam ich hojność na próbę, a ponieważ spostrzegłam, że należeli do skąpych łakomców, postanowiłam zaraz ich ukarać. Gdyśmy przybyli na miejsce, zapytali kelnera, co jest do jedzenia, a ten ze zwykłą potoczystością języka wyrecytował wszystko, co było, i więcej niż było. Widziałam ich zakłopotanie, patrzyli na siebie, zacinali się i pytali o cenę. „Co się panowie tak długo namyślacie? — zawołałam. — Jedzenie to sprawa kobiety, ja się o nie zakłopoczę”. Potem zaczęłam zamawiać niedorzeczny obiad, do którego niektóre dodatki musiały zostać przyniesione przez posłańców z sąsiedztwa. Kelner, którego kilkoma skrzywieniami ust zrobiłam swoim zaufanym, dopomógł mi w końcu; wyobrażeniem wspaniałej uczty takeśmy ich zastraszyli, że nie czekając długo, zabrali się i poszli na przechadzkę po lesie, z której pewnie już nie powrócą. Śmiałam się, śmiałam przez kwadrans i śmiać się będę, ile razy wspomnę sobie te twarze.

Przy stole Laertes przypomniał sobie podobne wypadki; wpadli na opowiadanie sobie wesołych historyjek, nieporozumień i figlów.

Jakiś znajomy z miasta, przechodząc przez las z książką w ręku, przysiadł się do nich i wychwalał piękne miejsce. Zwracał ich uwagę na szmer źródła, na ruch gałęzi, na przedzierające się przez liście promienie słońca i na śpiew ptaków. Filina zaśpiewała pieśń o kukułce, która najwyraźniej nie spodobała się przybyszowi; wkrótce się pożegnał.

— Obym już więcej nie słyszała o przyrodzie i scenach przyrody — zawołała Filina po jego odejściu. — Nie ma nic nieznośniejszego niż rachowanie zawczasu przyjemności, której się potem używa. Kiedy jest pogoda, idzie się na przechadzkę, tak jak się tańczy, kiedy zagrają. Ale któż chciałby choćby na chwilę myśleć o muzyce albo też o pięknej pogodzie? Tancerz nas zajmuje, nie skrzypce, a patrzeć w parę pięknych, czarnych oczu aż nadto dobrze robi parze oczu niebieskich. Cóż na to poradzą źródła i studnie, i stare spróchniałe lipy!

Mówiąc to, patrzyła na Wilhelma, który siedział naprzeciw niej z takim błyskiem w oczach, że nie mógł mu nie pozwolić przedrzeć się przynajmniej aż do drzwi swego serca.

— Ma pani słuszność — odparł z niejakim zakłopotaniem — człowiek jest dla człowieka najbardziej zajmujący i być może wyłącznie on powinien go zajmować. Wszystko inne, co nas otacza, jest tylko albo żywiołem, w którym żyjemy, albo narzędziem, którym się posługujemy. Im więcej przy tych rzeczach się zatrzymujemy, im bardziej zwracamy na nie uwagi i bierzemy w nich udział, tym słabsze staje się poczucie własnej wartości i poczucie społeczeństwa. Ci, którzy przywiązują wielką wagę do ogrodów, budowli, ubrań, strojów czy jakiekolwiek rzeczy, są mniej towarzyscy i uprzejmi; tracą z oczu ludzi, których których niewielu udaje im się rozweselić i zgromadzić. Czyż nie widzimy tego także na scenie? Dobry aktor każe nam rychło zapomnieć o nędznej, niezdarnej dekoracji; przeciwnie, najpiękniejszy teatr czyni nas wielce czułymi na brak dobrych aktorów.