Po obiedzie Filina siadła w ocienionej bujnej trawie. Dwaj jej przyjaciele musieli jej przynosić kwiaty w obfitości. Splotła sobie wieniec i włożyła go na głowę; wyglądała niesłychanie czarująco. Kwiaty wystarczyły jeszcze i na drugi; uwiła go, gdy obaj mężczyźni usiedli koło niej. Kiedy wśród rozmaitych żartów i napomknień był gotów, włożyła go z największym wdziękiem na głowę Wilhelma, poprawiając kilka razy, dopóki się nie zdawało się, że dobrze się trzyma.

— A ja, jak się okazuje, zostanę z niczym? — rzekł Laertes.

— Wcale nie — odparła Filina. – Nie będziesz się skarżył.

Zdjęła sobie wieniec z głowy i włożyła go Laertesowi.

— Gdybyśmy byli współzawodnikami — rzekł — moglibyśmy się gwałtownie spierać, który z nas dwu doznał od ciebie większej łaski.

— To bylibyście głupcami — odparła, przechylając się ku niemu i nadstawiając usta do pocałunku, ale natychmiast odwróciła się, objęła Wilhelma ramieniem i wycisnęła gorący pocałunek na jego wargach.

— Który smakuje najlepiej? — zapytała żartobliwie.

— Dziwna rzecz — zawołał Laertes. — Wygląda na to, że coś podobnego nigdy nie mogłoby smakować jak piołun.

— Nie mniej niż każdy dar — rzekła Filina — którego się używa bez zawiści i zarozumiałości. Teraz — zawołała — miałabym jeszcze ochotę z godzinę potańczyć, a potem powinniśmy znowu obejrzeć się za naszymi skoczkami.

Przyszedłszy do gospody, zastano tam muzykę; Filina, będąc dobrą tancerką, ożywiała swoich obu towarzyszy. Wilhelm nie był niezręczny, ale brakowało mu wypracowanej praktyki. Przyjaciel i przyjaciółka podjęli go się wyuczyć.