Spóźnili się: linoskoczkowie już rozpoczęli pokazywać swe sztuki. Na placu zebrało się wielu widzów; gdy nasi przyjaciele przyszli, uderzył ich zgiełk, który ściągnął wielką liczbę ludzi ku bramie zajazdu, gdzie ulokował się Wilhelm.
Wilhelm skoczył, ażeby zobaczyć, co to takiego, i przedzierając się przez tłumy, z oburzeniem spostrzegł, że zwierzchnik towarzystwa linoskoczków usiłował wyciągnąć z domu za włosy owo interesujące dziecko i biczem niemiłosiernie okładał małe ciałko. Wilhelm przyskoczył jak błyskawica do tego człowieka i chwycił go za piersi.
— Puszczaj dziecko! — krzyczał jak szalony. — Albo jeden z nas zostanie tu na miejscu.
Równocześnie ujął jegomościa za gardło z taką siłą, jaką gniew tylko nadać może, że ten sądził, iż się udusi, wypuścił dziecko i starał się bronić przeciw nacierającemu. Kilku ludzi, którzy litowali się nad dzieckiem, ale nie ośmielili się zacząć sprzeczki, pochwycili zaraz linoskoczka za ramiona, rozbroili go i grozili mu, łając i wymyślając. On, widząc, że pozostała mu tylko broń ust, zaczął strasznie odgrażać się i kląć: że leniwe niemrawe stworzenie nie chce spełniać, co do niej należy, że się wzbrania tańczyć taniec na jajkach, który obiecał publiczności, że ją zbije na śmierć i nikt mu nie może w tym przeszkodzić. Usiłował się uwolnić, chcąc znaleźć dziecko, które wpełzło w tłum. Wilhelm wstrzymał go i zawołał:
— Nie prędzej zobaczysz lub dotkniesz to dziecko, aż przed sądem zdasz sprawę, gdzie je ukradłeś; gnębić cię będę do ostatka; nie umkniesz mi.
Słowa te, wypowiedziane przez Wilhelma w rozgorączkowaniu, bez przemyślenia i zamiaru, w niejasnym tylko poczuciu albo, jeśli kto woli, w natchnieniu, uspokoiły zaraz miotającego się człowieka. Zawołał:
— Co ja mam robić z tym bezużytecznym stworzeniem? Zapłać mi pan, ile mnie kosztują jej ubrania, a możesz ją pan zatrzymać; jeszcze tego wieczora możemy się dogadać.
Pośpieszył potem ciągnąć dalej przerwane widowisko i ułagodzić zaniepokojenie publiczności kilkoma świetnymi sztuczkami.
Kiedy było już cicho, Wilhelm szukał dziecka, ale nigdzie go nie odnalazł. Jedni powiadali, że je widzieli na strychu, inni że na dachach sąsiednich domów. Przetrząsnąwszy wszystkie miejsca, trzeba się było uspokoić i poczekać, czy samo nie zechce wrócić.
Tymczasem Narcyz wrócił do domu, a Wilhelm wypytywał go o losy i pochodzenie dziecka. Nic o tym nie wiedział, bo nie od dawna był w tym towarzystwie; opowiedział natomiast z wielką łatwością i lekkomyślnością swoje własne przypadki. Gdy Wilhelm winszował mu wielkiego powodzenia, jakim się cieszył, wyraził wobec tego obojętność.