W jednej z oficyn ujrzeli kucharzy krzątających się pilnie około ognia; sam ten widok już ich pokrzepił; lokaje śpiesznie poskoczyli ze światłem na schody frontowego budynku, a serca poczciwych wędrowców rozpływały się na myśl o tym, co ich czeka. Ale jakże się zdziwili, gdy przyjęcie to skończyło się straszliwymi przekleństwami. Lokaje łajali woźniców, że tutaj zajechali; powinni byli, wołali, zawrócić i dalej w górę do starego zamku, bo tutaj wcale nie ma miejsca dla tych gości! Do tej nieprzyjaznej i niespodzianej odprawy dołączyli jeszcze różnorodne szyderstwa i śmiali się z siebie, że przez tę omyłkę zostali wyciągnięci na deszcz.

Wciąż lało, na niebie nie było ani jednej gwiazdy, a towarzystwo ruszyło teraz wyboistą ścieżką pomiędzy dwoma murami do starego tylnego zamku, który stał niezamieszkały od czasu, gdy ojciec hrabiego zbudował frontowy. jedne wody zatrzymały się na podwórzu, inne na długiej, sklepionej drodze do bramy, a woźnice, chłopi ze wsi, wyprzęgli konie i pojechali do siebie.

Gdy nikt się nie zjawił na przyjęcie towarzystwa, wysiedli, wołali, szukali; na próżno! Wszystko pozostało ciemne i ciche. Wiatr dął przez wysoką bramę, ponuro wyglądały stare wieże i podwórza, których kształty zaledwie mogli odróżnić w mroku. Marzli i drżeli, kobiety bały się, dzieci zaczęły płakać; niecierpliwość ich rosła z każdą chwilą, a tak szybka zmiana losu, na którą nikt nie był przygotowany, zupełnie zbiła ich z pantałyku.

Ponieważ co chwila oczekiwali, że ktoś przyjdzie i im otworzy, ponieważ już to deszcz, już to wicher mamił ich, tak że nieraz im się zdawało, iż słyszą kroki upragnionego klucznika zamkowego, pozostali czas jakiś zniechęceni i bierni; nikomu nie przyszło na myśl pójść do nowego zamku i poprosić litościwe dusze o pomoc. Nie mogli pojąć, gdzie się podział ich przyjaciel baron, i znajdowali się w bardzo przykrym położeniu.

Na koniec ludzie rzeczywiście nadeszli, a po głosach poznano w nich owych pieszych, którzy zostali na drodze za jadącymi. Opowiedzieli, że baron spadł z konia, ciężko skaleczył się w nogę i że ich również, gdy się rozpytywali w zamku, opryskliwie skierowano tutaj.

Całe towarzystwo było w największym kłopocie; radzono, co począć, i nie zdecydowano się na nic. W końcu ujrzano z daleka przychodzącą latarnię i odetchnięto swobodniej; jednak nadzieja rychłego wybawienia znikła znowu, gdy zjawisko się zbliżyło i stało się wyraźniejsze. Był to pachołek, który świecił znanemu koniuszemu hrabiego, a ten, zbliżywszy się, wypytywał bardzo gorąco o pannę Filinę. Zaledwie wyszła z gromady, bardzo natarczywie ofiarował się zaprowadzić ją do nowego zamku, gdzie przygotowano dla niej miejsce z pokojówkami hrabiny. Niedługo się namyślała, by przyjąć propozycję, chwyciła się jego ramienia i poleciwszy kuferek swój pozostałym, chciała z nim odejść; jednak zastąpiono im drogę, pytano, proszono, zaklinano koniuszego tak, że ten w końcu, byleby się wydostać ze swą piękną, przyrzekł wszystko i zapewnił, że za chwilę zamek będzie otwarty, a oni jak najlepiej ulokowani. Wkrótce potem ujrzeli znikające światło jego latarni i długo na próżno spodziewali się nowego światła, aż wreszcie po wielu słowach, narzekaniach i łajaniach ukazało im się i ożywiło ich niejaką pociechą i nadzieją.

Jakiś stary stróż otworzył bramę dawnego budynku, w którą wdarli się pędem. Każdy troszczył się o swoje rzeczy, żeby je wydostać i wciągnąć do pokoju. Większość tych rzeczy, podobnie jak osób, była porządnie przemoczona. Przy jednej świecy wszystko szło bardzo powoli. W gmachu popychano się, potykano się, upadano. Proszono o więcej światła, proszono o napalenie. Jednosylabowy stróż z nieodpartej konieczności pozostawił swoją latarnię, odszedł i nie wrócił.

Teraz zaczęto przepatrywać dom; drzwi wszystkich pokojów były otwarte; duże piece, tkane obicia, wykładane podłogi pozostały jeszcze po dawniejszej świetności, ale innych sprzętów nie można było znaleźć, ani stołu, ani stołka, ani zwierciadła, zaledwie jakieś olbrzymie puste łóżka, pozbawione wszelkiej ozdoby i wszystkiego, co niezbędne. Na siedzenia wybrano mokre kufry i tłumoki, część zmęczonych wędrowców rozciągnęła się na podłodze, Wilhelm usiadł na stopniach, Mignon ułożyła się na jego kolanach; dziewczynka była niespokojna, a na pytanie, czego chce, odpowiedziała:

— Głodna jestem!

Nie znalazł przy sobie niczego, czym mógłby zaspokoić żądanie dziecka; reszta towarzystwa także przejadła cały zapas, musiał biedne stworzenie pozostawić bez pokrzepienia. W całym zdarzeniu zachowywał się biernie, zamknięty w sobie; przykro mu było bardzo i gniewał się na siebie, że nie wytrwał w swym zamiarze i nie wysiadł przy karczmie, choćby miał zająć siedlisko na strychu.