— A ja bym jednak panu radził — odparł Jarno — spróbować; nie zaszkodzi, gdy się zobaczy choćby najdziwaczniejszą rzecz własnymi oczyma. Pożyczę panu kilka sztuk, a pan nie możesz lepiej zużytkować swego czasu, jak usunąwszy się od wszystkich, zaglądać w latarnię magiczną tego nieznanego świata w samotni swego starego mieszkania. To grzech, że pan marnujesz godziny, by te małpy uczynić podobniejszymi do ludzi i uczyć tych psów tańczyć. Stawiam tylko jeden warunek: byś się nie gorszył formą; resztę mogę pozostawić trafności pańskiego poczucia.

Konie stały przed bramą; Jarno wraz z kilkoma jeźdźcami wsiadł na nie, by się zabawić polowaniem. Wilhelm patrzył za nim smutno. Chętnie by porozmawiał jeszcze z tym człowiekiem, który, chociaż w niezbyt przyjazny sposób, podsuwał mu nowe pojęcia, pojęcia, jakich potrzebował.

Zbliżając się do rozwoju swych sił, zdolności i poglądów, człowiek popada niekiedy w zakłopotanie, z którego łatwo mógłby go wyprowadzić jakiś dobry przyjaciel. Jest jak wędrowiec, który niedaleko oberży wpadł do wody; gdyby ktoś go natychmiast chwycił i wyciągnął na brzeg, skończyłoby się tylko na zmoknięciu, zamiast tego, żeby miał sam dopłynąć do przeciwnego brzegu i uciążliwym, dalekim manowcem dążyć do zamierzonego przez siebie celu.

Wilhelm zaczął przeczuwać, że na świecie dzieje się inaczej, niż sobie wyobrażał. Widział z bliska ważne i wpływowe życie znakomitych i wielkich i dziwił się, jak oni potrafili nadać mu łatwą przyzwoitość. Wojsko w marszu, książę-bohater na jego czele, tylu współpracujących wojowników, tylu tłoczących się czcicieli pobudzało jego wyobraźnię.

W takim usposobieniu otrzymał przyobiecane książki i niebawem, jak łatwo się domyśleć, porwał go prąd owego wielkiego geniuszu i uniósł go ku nieprzejrzanemu morzu, w którym bardzo rychło zatonął i znikł całkowicie.

Rozdział dziewiąty

Stosunek barona do aktorów doznał w ciągu ich pobytu na zamku różnych zmian. Z początku było obopólne zadowolenie, bo gdy baron po raz pierwszy w życiu ujrzał jedną ze swoich sztuk, którymi już ożywiał teatr amatorski, w ręku prawdziwych aktorów i na drodze do przyzwoitego przedstawienia, wpadał w najlepszy humor, okazywał się hojny i u każdego kupca galanteryjnego, jacy się tam pojawiali, kupował podarunki dla aktorek, aktorom zaś dostarczył ekstra niejednej butelki szampana; oni też ze swej strony zajmowali się gorliwie jego sztukami, a Wilhelm nie szczędził pilności, by jak najdokładniej wyuczyć się na pamięć wspaniałych mów znakomitego bohatera, którego rola jemu się dostała.

Z wolna wszelako wkradały się pewne niesnaski. Uprzedzenie barona do niektórych ulubionych aktorów stawało się z każdym dniem coraz widoczniejsze, a to oczywiście musiało rozdrażniać resztę. Ulubieńców swoich wyróżniał z całą wyłącznością i przez to wprowadził do towarzystwa zazdrość i niezgodę. Melina, który w spornych wypadkach już i bez tego nie mógł sobie dać rady, znajdował się w stanie bardzo nieprzyjemnym. Chwaleni przyjmowali pochwałę, nie będąc zbyt wdzięczni za nią, a upośledzeni dawali wszelkimi sposobami poznać swe niezadowolenie i zdołali przebywanie wśród nich tak wysoko dawniej szanowanego opiekuna uczynić tak lub inaczej niemiłym; ba! niemało pożywki dostała ich uciecha z cudzej biedy, kiedy pewien wierszyk, którego autora nie znano, wywołał w zamku dużo zamieszania. Dotychczas zawsze zwracano uwagę na przestawanie barona z komediantami, ale robiono to w dosyć delikatny sposób; sprowadzano nań rozmaite historyjki, wymyślano rozmaite wypadki, nadając im postać wesołą i zabawną. W końcu zaczęto opowiadać, że powstaje jakiś rodzaj zawodowej zawiści między nim a niektórymi aktorami, którzy także wyobrażali sobie, iż są pisarzami, i na tej to gawędzie opiera się wierszyk, o którym mówiliśmy, a który brzmi jak następuje:

Ja, biedaczysko, panie baronie,

Zazdroszczę tobie dostojeństw — wiem,