— Ojca tu nie ma, uspokój się pan! Tu jest ciotka, tu jest siostrzenica, spojrzyj że pan!

— Nie ma! To puszczajcie mnie, muszę go odszukać! On jeden niech to posłyszy, potem umrę. Oddalcie ode mnie świecę, oddalcie dzień! On mnie oślepia, on mnie zabija!

Wszedł lekarz domowy; wziął go za rękę, macając ostrożnie puls. Kilku lokajów skupiło się w trwodze.

— Po co ja tu, na tych kobiercach? Ja je popsuję, ja je zniszczę. Moje nieszczęście spływa na nie strugą, mój los przeklęty plami je.

Rzucił się ku drzwiom. Z wysiłkiem wyprowadzono go i zabrano do odległego pokoju gościnnego, w którym mieszkał jego ojciec. Matka i córka stały zdrętwiałe — widziały przed sobą Orestesa127, ściganego przez Furie128, nieuszlachetnionego sztuką, w okropnej, wstrętnej rzeczywistości, która w kontraście z wygodnym mieszkaniem, kąpiącym się w najjaśniejszym blasku świec, wydała się tym straszniejsza. Kobiety patrzyły na siebie osłupiałym wzrokiem i każdej się zdawało, że w oczach drugiej widzi ten obraz okropny, co się tak głęboko odcisnął w jej własnych.

Z połowiczną następnie przytomnością posyłała baronowa jednego lokaja za drugim, by zasięgnął wiadomości. Ku niejakiemu uspokojeniu dowiedziały się, że go rozbierają, suszą, opatrują. Na wpół przytomny, na wpół nieświadomy dawał robić ze sobą, co chciano. Ustawiczne pytania zmuszone zostały do cierpliwości.

W końcu posłyszały zatrwożone kobiety, że mu krew puszczono i w ogóle zastosowano środki uspakajające, że już go ułożono do spoczynku, że się snu spodziewają.

Nadeszła północ. Baronowa zapragnęła go widzieć, jeżeli śpi, lekarz opierał się, potem jednak ustąpił. Hilaria wcisnęła się tam wraz z matką. W pokoju było ciemno, jedna tylko świeca rzucała światło spoza zielonej zasłony. Mało było widać, słychać — nic. Matka zbliżyła się do łóżka, Hilaria z upragnieniem pochwyciła światło i oświeciła śpiącego. Leżał wprawdzie odwrócony, ale niezmiernie ładne ucho, pełne policzki, teraz bladawe, wyglądały nader powabnie spod pukli znowu się już wijących. Spoczywająca ręka i podłużne, silne palce przyciągały ku sobie wzrok błądzący. Hilaria, z cicha dysząc, sądziła, że słyszy również cichy oddech. Zbliżyła świecę jak Psyche129, narażając się na zakłócenie zbawiennego spoczynku. Lekarz odebrał świecę i poświecił kobietom w drodze do ich pokojów.

Jak te zacne osoby, zasługujące na wszelkie współczucie, spędziły nocne godziny, pozostało dla nas tajemnicą. Nazajutrz atoli od rana samego okazały się nadzwyczaj niespokojne. Wypytywaniom nie było końca, życzenie zobaczenia cierpiącego objawiało się skromnie, lecz natarczywie. Dopiero w południe pozwolił lekarz na krótkie odwiedziny.

Baronowa zbliżyła się, Flavio wyciągnął rękę.