— Przebaczenia, najdroższa ciotko! Trochę cierpliwości, może niedługo...
Ukazała się Hilaria. I jej podał prawicę.
— Witam cię, kochana siostro.
To jej przeszyło serce. On nie puszczał, patrzyli na siebie — najwspanialsza para, kontrastująca w najpiękniejszym znaczeniu wyrazu. Czarne, iskrzące się oczy młodzieńca pasowały do ciemnych, splątanych pukli. Ona natomiast stała niebiańsko spokojna na pozór, ale do wstrząsającego zdarzenia przyłączyła się teraz obecność pełna przeczuć. Nazwanie siostrą wzruszyło ją do głębi. Baronowa rzekła:
— Jakże się masz, kochany siostrzeńcze?
— Dość znośnie, ale źle się ze mną obchodzą.
— Jak to?
— Krew mi puszczali, to okropne. Wyrzucili ją, to zuchwałe. Ona nie do mnie należy. Wszystko, wszystko należy do niej.
Przy tych słowach twarz jego jakby uległa przemianie, ale płacząc rzewnie, ukrył swe oblicze w poduszce.
Twarz Hilarii poraziła matkę straszliwym wyrazem — jak gdyby kochane dziecko bramy piekła otwarte przed sobą ujrzało, jak gdyby po raz pierwszy zobaczyło coś potwornego i to na wieki. Szybko, gwałtownie pobiegła przez salę, w ostatnim gabinecie rzuciła się na sofę. Matka poszła za nią i zapytała o to, co już niestety pojęła. Hilaria, spozierając na nią dziwnie, zawołała: