— Ręka mojej siostry. Listy, liczne, a ze względu na niedbałe pismo, poufne! Czyż pani była z nią kiedyś w stosunkach?
— Bezpośrednio nie, pośrednio od pewnego czasu. Tu jest adres: do ***.
— Nowa zagadka. Do Makarii, najbardziej milkliwej ze wszystkich kobiet.
— Ale też z tego powodu powiernicy, spowiednika wszystkich dusz uciśnionych, tych wszystkich, co zatracili samych siebie, pragną się odnaleźć, a nie wiedzą, gdzie.
— Dzięki Bogu! — zawołał — że się znalazło takie pośrednictwo. Mnie nie wypadało jakoś udać się do niej z błaganiem. Błogosławię siostrę, że ona to zrobiła. Bo i ja znam przykłady, że owa zacna kobieta, trzymając obyczajowo magiczne zwierciadło, niejednemu nieszczęśliwemu wskazała poprzez splątaną postać zewnętrzną jego czyste, piękne wnętrze i od razu go pogodziła przede wszystkim ze sobą samym, i zachęciła do życia nowego.
— Dobrodziejstwo to i mnie wyświadczyła — odrzekła piękna wdowa.
I w tej chwili poczuł przyjaciel nasz — lubo niejasno, ale stanowczo — że z tej dziwnej osobistości we właściwościach swoich wydatnej wytworzyła się istota moralnie piękna, współczująca i wzbudzająca współczucie.
— Nie byłam nieszczęśliwa, ale niespokojna — mówiła dalej. — Nie należałam już naprawdę do siebie samej, a to, bądź co bądź, znaczy ostatecznie nie być szczęśliwym. Nie podobałam się już sama sobie. Choćbym nie wiem jak wykręcała się przed zwierciadłem, zawsze mi się zdawało, jakbym się na bal maskowy stroiła. Ale odkąd ona mi swoim zwierciadłem błysnęła, odkąd zrozumiałam, jak to można się samemu ozdobić wewnętrznie, znowu się sama sobie piękną przedstawiam.
Mówiła to wśród uśmiechów i płaczu i była, trzeba to było przyznać, więcej niż miła. Wydawała się godna szacunku i zasługująca na wieczne, wierne przywiązanie.
— A teraz, mój przyjacielu, załatwmy się krótko. Oto są listy! Przeczytać je i znów odczytać, namyślić się, przygotować... Na to potrzeba by panu w każdym razie godziny albo i więcej, jeśli pan chcesz. Potem nasze stosunki będą mogły być rozstrzygnięte kilkoma słowy.