Zadaje dużo pytań, odnoszących się do osób z rodziny, którym by mógł, bądź co bądź, coś zaofiarować. Różnorodnymi zwrotami umiał do tego doprowadzić, żem mu imię moje powiedziała.
— Hersylia — mówi skromnie — Hersylia przebaczy, jeżeli się wywiążę z poselstwa?
Patrzę nań zdziwiona, a on wyciąga malusieńką tabliczkę ujętą w białe ramki, jakie robią w górach dla dzieci pisać zaczynających. Biorę ją, widzę, że zapisana, i czytam ostrym rysikiem porządnie wyryty napis: «Feliks kocha Hersylię. Koniuszy przybędzie niebawem».
Zastanawia mnie to, zdziwienie mnie ogarnia na widok tego, co trzymam w ręku, na co patrzę oczyma — zwłaszcza z tego względu, że los prawie dziwaczniejszy jeszcze ode mnie chce się okazać.
«Co to znaczy?» — mówię sobie, a mały łotrzyk uprzytomnia mi się bardziej niż kiedykolwiek. Ba, tak się czuję, jakby obraz jego wświdrowywał mi się w oczy.
Zaczynam tedy rozpytywać i otrzymuję dziwne, niezadowalające odpowiedzi. Badam i nie dowiaduję się niczego. Rozmyślam i nie mogę skupić myśli należycie. Na koniec z wymiany słów tyle dojść mogłam, że młody kramarz przebył także przez prowincję pedagogiczną, pozyskał zaufanie mego młodego wielbiciela, który na zakupionej tabliczce skreślił napis i obiecał mu najpiękniejsze podarunki za słówko odpowiedzi. Podał mi następnie podobną tabliczkę, których wiele pokazał w swoim pudle, a zarazem rysik; przy czym tak mile nastawał i prosił, że wzięłam to i tamto, pomyślałam raz i drugi, nic wymyślić nie mogłam i napisałam: «Hersylia pozdrawia Feliksa. Koniuszy niech się dobrze trzyma».
Patrzyłam na to, com napisała, i czułam przykrość z powodu niezręcznego wyrażenia. Ani tkliwości, ani pomysłowości, ani dowcipu — samo zakłopotanie tylko. I dlaczego? Stałam przed chłopcem, pisałam do chłopca. Czyżby to miało mnie zbić z tropu? Zdaje mi się nawet, żem westchnęła i zamierzała właśnie zetrzeć, com napisała. Ale chłopak tak mi to zgrabnie wziął z ręki, prosząc o jakąkolwiek ochronną powłokę, iż nie wiem doprawdy sama, jak to się stało, alem tabliczkę włożyła w pugilares, obwiązała wstążką i tak obwiązaną wręczyła chłopcu, który go pochwycił z wdziękiem, a głęboko się kłaniając, chwileczkę się zatrzymał, iż miałam czas jeszcze woreczek w dłoń mu wcisnąć i zganić się, iż mu dałam za mało. Oddalił się ze zręcznym pośpiechem, a gdym się za nim obejrzała, już zniknął — nie pojmuję jakim sposobem.
Teraz to przeszło, znowu już jestem na zwykłym, płaskim gruncie codziennym i ledwie w zjawisko owo wierzę. Czyż nie trzymam tabliczki w ręku? Piękna jest bardzo, pismo ładne i staranne. Myślę, żebym ją ucałowała, gdybym się nie lękała zetrzeć liter.
Napisawszy, co poprzedza, czas jakiś dumałam, ale namyślanie się do niczego mnie nie doprowadziło. Z pewnością było coś tajemniczego w owej postaci — nie brak takich obecnie w romansach, miałyżby nas spotykać i w życiu? Miły i podejrzany, obcy, a jednak wzbudzający zaufanie. Dlaczegóż rozstał się przed rozproszeniem pomieszania? Dlaczegóż nie miałam dość przytomności umysłu, by go w przyzwoity sposób zatrzymać?
*