Montan oprowadzał następnie przyjaciela swego metodycznie po kopalni, wszędzie witany energicznym: „Szczęścia życzymy (niem. Glück auf!)”, na co oni odpowiadali wesoło podobnież.
— Chciałbym niekiedy — rzekł Montan — zawołać do nich: „Myśli życzymy (niem. Sinn auf!)”. Myśl bowiem jest czymś większym niż szczęście, ale tłum ma zawsze dostatek myśli, jeśli nią zwierzchnicy są obdarzeni. A ponieważ tutaj jeżeli nie rozkazywać, to mogę radzić, starałem się poznać właściwości gór. Namiętnie poszukuje się kruszców, które one w sobie zawierają. Otóż usiłowałem wyjaśnić sobie, gdzie się one znajdują, i to mi się powiodło. Nie samo tylko szczęście to sprawia, ale i myśl, która przywołuje szczęście, ażeby je ująć w prawidła. Jak te tu góry powstały, nie wiem i wiedzieć nawet nie chcę, ale co dzień dążę ku temu, by właściwości ich zrozumieć. Chrapkę ma się na ołów i srebro, które one w łonie swym mieszczą. Jakim sposobem? To zachowuję dla siebie, a daję wskazówkę, by znaleźć rzecz pożądaną. Na słowo moje robi się w tej mierze próby. A gdy udają się, mówi się, że mam szczęście. Co rozumiem, to rozumiem dla siebie, co mi się udaje, udaje mi się dla innych; a nikt nie pomyśli, że i jemu na tej drodze również udać by się mogło. Mają co do mnie podejrzenie, że posiadam różdżkę czarodziejską. A nie spostrzegają tego, że mi przeczą, gdy coś rozumnego podaję, i że przez to przecinają sobie drogę do drzewa wiadomości, z którego te prorocze gałązki ułamać można.
Pokrzepiony tymi rozmowami, przekonany, że i jemu wskutek dotychczasowego działania i myślenia poszczęściło się zadośćuczynić co do myśli zasadniczej — choć w zawodzie wielce odległym — wymaganiom przyjaciela swego, Wilhelm zdawał sprawę z użycia czasu, odkąd otrzymał zezwolenie na rozkładanie i zużytkowywanie obowiązkowego pielgrzymstwa nie według dni i godzin, lecz stosownie do istotnego celu wykształcenia całkowitego.
Tu przypadkowo nie potrzeba było mówić wiele, gdyż doniosłe zdarzenie dało przyjacielowi naszemu sposobność do zręcznego i szczęśliwego zastosowania zdobytego talentu swego i okazania się prawdziwie użytecznym społeczeństwu ludzkiemu.
Ale co to było takiego, nie możemy jeszcze wyjawić w tej chwili, lubo czytelnik rychło, zanim tom ten z rąk wypuści, zostanie dostatecznie o tym powiadomiony.
Rozdział dziesiąty
Hersylia do Wilhelma
„Świat cały od lat wielu zarzuca mi, iż jestem kapryśnie dziwną dziewczyną. Jeśli taka jestem, to nie z mojej winy. Ludzie musieli być względem mnie cierpliwi, a teraz ja potrzebuję cierpliwości co do samej siebie, co do swej wyobraźni, która mi wciąż ojca i syna — to razem, to po kolei — stawia przed oczyma. Wydaję się sama sobie jak jaka niewinna Alkmena140, którą nawiedzają ustawicznie dwie istoty, przedstawiające jedna drugą.
Mam panu wiele do powiedzenia. A jednak, jeśli piszę do pana, to zdawałoby się, wtedy tylko, gdy mam jakąś przygodę do skreślenia. I wszystkie inne sprawy są wprawdzie także przygodne, ale nie są przygodą. A więc przejdźmy do sprawy dzisiejszej.
Siedzę pod wysokimi lipami i wykańczam właśnie pugilaresik bardzo ładny, nie wiedząc wyraźnie, kto go posiądzie — ojciec czy syn, ale z pewnością jeden z nich. Wtem nadchodzi młody kramarz wędrowny z koszyczkami i szkatułkami, skromnie legitymuje się przede mną pismem urzędnika, że mu wolno w tych majątkach handlować. Oglądam jego drobiazgi aż do niezliczonych drobnostek, których nikt nie potrzebuje, a które każdy kupuje z dziecinnego popędu posiadania i trwonienia. Chłopak, zdaje się, pilnie mi się przygląda. Piękne, czarne, nieco chytre oczy, pięknie zarysowane brwi, bogate pukle, oślepiające szeregi zębów — dość, rozumiesz mnie pan, coś wschodniego.