Na to odrzekł Montan:
— Wiem tyle co oni i chciałbym o tym nie myśleć.
— Ależ tutaj — odparł Wilhelm — tyle jest mniemań sprzecznych, a przecież powiadają, że prawda leży pośrodku.
— Wcale nie! — odpowiedział Montan. — Pośrodku pozostaje zagadnienie, może nierozwiązywalne, a może też dostępne, jeżeli się od niego zacznie.
Po zamianie kilku jeszcze słów w tym duchu, mówił dalej Montan poufnie.
— Ganisz mnie, żem każdemu pomagał w jego zdaniu, boć przecież na wszystko można znaleźć jeszcze jakiś dowód. Zwiększałem przez to zamieszanie, to prawda, ale właściwie nie mogę już brać tego na serio z tym pokoleniem. Przekonałem się do gruntu, że rzecz najdroższą, a taką są nasze przekonania, powinien każdy zachowywać dla siebie z najgłębszą powagą. Każdy to, co wie, wie tylko dla siebie i winien to trzymać w tajemnicy. Gdy wypowie, zaraz się zjawia zdanie przeciwne, a gdy się w spór zapuści, traci w sobie samym równowagę, a to, co ma najlepszego, jeśli nie ginie doszczętnie, to zostaje zakłócone.
Pobudzony odpowiedzią Wilhelma, Montan tłumaczył się dalej:
— Kiedy się już wie, na czym wszystko polega, przestaje się być gadatliwym.
— Ależ na czym to wszystko polega? — zapytał Wilhelm porywczo.
— Zaraz ci powiem — odparł tamten. — Myślenie i działanie, działanie i myślenie: oto suma całej mądrości, od dawna uznana, od dawna w życie wprowadzona, ale nie przez każdego dostrzegana. Obie te czynności powinny się wciąż odmieniać w życiu jak wydychanie i wdychanie. Jak pytanie i odpowiedź nie powinno się odbywać jedno bez drugiego. Kto sobie prawem uczyni to, co każdemu nowo narodzonemu geniusz rozumu ludzkiego szepce tajemnie do ucha, by działanie wypróbowywać w myśleniu, a myślenie w działaniu, ten nie może błądzić. A jeśli zbłądzi, to niebawem odnajdzie drogę właściwą.